poniedziałek, 11 września 2017

100% Muzungu

Wczoraj była niedziela, więc zgodnie z tutejszym obyczajem wybrałyśmy się z żona Johna na mszę. Tym razem, msza była w języku Nyanga i trwała prawie trzy godziny. Oprawę muzyczną mszy zapewniał chór, który śpiewał piosenki i wykonywał układ choreograficzny. Jako instrumenty mieli gitarę i perkusję. Widać było jak wiele radości sprawia im śpiew i taniec, wszyscy byli radośni i uśmiechnięci. Mnie również udzielił się ten nastrój i tupałam sobie nogą.
Po kościele i obiedzie wybraliśmy się na Sunday Market - jest to targ w Lusace, gdzie można nabyć różne pamiątki z Zambii. Około godziny 14 podjechała po nas taksówka z przyczepą, na której miałyśmy dojechać na miejsce. Było przy tym wiele radości, bo mogłyśmy obserwować drogę i przy okazji czuć wiatr we włosach. Po ok 45 minutach dotarłyśmy na miejsce. Targ nie był bardzo duży, myślę, że mogło tam być ok 20-30 stoisk. Podchodziłyśmy do kolejnych stoisk, a sprzedawcy
na dzień dobry podawali nam ceny, wspominając przy tym, że możemy ponegocjować. Oczywiście, żal było nie skorzystać z takich ofert, więc negocjowałyśmy. Niestety, na wszystkich stoiskach były podobne rzeczy jak m.in. czitangi, drewniane miski, figurki zwierząt, grzebienie, bransoletki i inna biżuteria. Ja jak zwykle rozglądałam się głównie za magnesami, a te były tylko na jednym stoisku. Ciężko było też znaleźć fajne koszulki z tematyką Zambii, ale jak pogrzebałam to i takie znalazłam. Jeśli chodzi o biżuterie to miałam nadzieję, że znajdę coś co będzie inne niż w innych krajach (głownie mam na myśli bransoletki). Niestety, zawiodłam się. Mam nadzieję, że jak pojedziemy do Livingstone, wybór będzie większy. Jest to turystyczne miejsce, więc może i handel pamiątkami jest
tam lepiej rozwinięty. Na samym targu byłyśmy ok 1 godzinę, spotkałyśmy też kilku białych, a niektórzy sprzedawcy próbowali mówić do nas po polsku. Widać sporo tam Polaków przybywa:)
Wczoraj w ciągu dnia występowały bardzo duże problemy z wodą, nie wiadomo z czego wynikające. Poradziłyśmy sobie jednak w alternatywny sposób. Swoją aktywność wzmożyli też Teodor z Marcinem, bezczelnie biegając po domku i zostawiając ślady swojej obecności, gdzie popadnie. Na szczęście nie biegają już po naszym jedzeniu, bo piekarnik daje rade jako spiżarka.
Dzisiaj od rana miałyśmy lekcje z dzieciakami. Ja miałam angielski i matematykę, Kamila Creativity Activities. Wspólnie prowadziłyśmy też informatykę. Na angielskim dzieci dowiedziały się czym jest rzeczownik i poznały kilka słówek, które będą im przydatne w dalszym życiu. W grupie miałam dzieci z dwóch poziomów, gdyż lekcję często są tu łączone dla kilku poziomów. Niestety, bardzo utrudnia to skuteczną pracę, gdyż część dzieci bardzo szybko łapie o czym do ich mówię, a część trochę mniej szybko. Tak więc, wiele rzeczy, które zaplanowałam nie zdążyłam im przekazać, gdyż musiałam skupić się na podstawach dla tych młodszych, podczas gdy starsze trochę się nudziły. Muszę jednak myśleć o wszystkich i czegoś ich nauczyć, więc te starsze i bardziej ogarnięte muszą
pocierpieć. Zaobserwowałam dziś wśród dzieciaków, że gdy widzą białego nauczyciela, natychmiast mają oczekiwania, że coś im da. Gdy weszłam dziś do klasy dzieciaki pisały coś ołówkami w swoich zeszytach. Gdy tylko zobaczyły, że mam dla nich długopisy, schowały ołówki i krzyczały, że nie mają czym pisać. Dałam im więc po długopisie, a te krzyczą, że chcą inny kolor. Rozumiem, gdyby były to creativity lessons, ale na angielskim? Jaka jest dla nich różnica czy piszą czarnym czy niebieskim? Ciągle też powtarzają, że chcą balony. Nie wiem skąd im się bierze takie roszczeniowe zachowanie.
Na matematyce, postanowiłam trochę ich oszukać i przyszłam ze schowanymi długopisami. Okazało się, że nagle wszyscy mają czym pisać i nie potrzebują długopisu. Lekcja poświęcona była dodawaniu i odejmowaniu pod kreskę oraz działaniom z użyciem nawiasów. Niestety, dzieciaki na skróty zgadywały wynik. Dopiero gdy robili przykłady na tablicy, wyszło że tak naprawdę liczenie wychodzi im bardzo opornie i muszą się wspomagać liczeniem małych kreseczek pomocniczych.
Będziemy to trenować...
Na informatyce dzieciaki trenowały Word. Niestety, z czterech działających komputerów, w jednym nie działały wszystkie klawisze, wiec tak naprawdę pracowały trzy. Dzieciaki musiały więc siedzieć po cztery osoby przy jednym.
Po lekcjach musiałyśmy przejść się na miejscowy market, aby doładować telefon. Jak kupowałyśmy internet, dostałyśmy do niego dodatkowe połączenia. Niestety, bardzo szybko się one wyczerpały, a my potrzebujemy telefonu aby kontaktować się z naszym taksówkarzem w Livingstone. Doładowałyśmy więc jeden z telefonów na 50 kwacha. Powinno starczyć.

sobota, 9 września 2017

Gazem go

Wczoraj był piątek, w piątki dzieci nie mają zajęć, tylko test na podsumowanie tygodnia oraz zajęcia wychowania fizycznego. Jak wspominałam, w tym tygodniu nie było merytorycznych zajęć, więc testu nie było, za to dzieciaki grały w kosza lub piłkę nożną. Niektóre z nich siedziały w klasach i rysowały.
Po zajęciach, kilka dziewczynek zostało w szkole, żeby sobie z nami pogadać. Miałyśmy więc przyspieszoną naukę języka nyanga, wiemy też jaka jest symbolika flagi Zambii. Porównywałyśmy też swoje włosy, skórę i rozmiary dłoni. Okazało się ze moja dłoń jest wielkości dłoni 10 latki a 12 latka miała większą od mojej!
Gdy dziewczynki rozeszły się do domów, zrobiłyśmy pranie. Rzeczy strasznie się tu kurzą, więc woda była po nich brązowa.
Okazało się, że nasz Teodor przyprowadził sobie kolegę i razem buszują na półkach. Kolega nazywa się Marcin. Ich aktywność wzrosła na tyle, że obecnie trzymamy jedzenie w piekarniku. Może, gdy nie będą mieli dostępu do jedzenia pójdą sobie do sąsiadów. Gdyby ktoś bardzo bał się myszy i chciał przyjechać tu, niech uzbroi się w pułapki lub trutkę na myszy. Powstał plan żeby wykurzyć ich gazem pieprzowym. Kamila przywiozła gaz abyśmy mogły ewentualnie bronić się, ale może zadziałało by też na myszy. Niestety, biegają na tyle szybko, że trudno w nich trafić.
Po południu, wybraliśmy się z naszym bodyguardem na spacer, żeby obejrzeć zachód słońca. Spotkaliśmy po drodze dziewczynę z Botswany o imieniu Promise i wzięliśmy ją ze sobą. Promise opowiadała nam o Botswanie ciekawe fakty np. nie ma tam pubów i barów a jeśli chcesz zrobić imprezę to musisz najpierw zgłosić to na policję. Jeśli tego nie zrobisz i policja wparuje w środku imprezy, zostaniesz zaaresztowany na miesiąc.

Po powrocie do domku bodyguard chciał sobie potrenować excela, niestety zachciało mu się sprawdzić co jest w butelce, która stała obok komputera. Psiknął więc sobie w twarz wcześniej wspomnianym gazem pieprzowym. Nagle zaczął się dusić i kaszleć, a oczy zaczerwieniły mu się bardzo. Był totalnie zdezorientowany, ale poinformowałyśmy go że to nic szkodliwego i w ciągu 45 minut objawy powinny ustąpić. Faktycznie po kilku chwilach było już w porządku, a my przynajmniej mamy pewność że gaz faktycznie działa:).
Dziś od rana trwały prace na naszym podwórku. Chłopaki mieszali cement i wylewali go przy szkolnych toaletach pod nadzorem Johna, który dziś ubrał ciekawą koszule z wzorem flagi Zambii. Chciałyśmy im pomóc, ale nie bardzo było jak, wiec ostatecznie wróciłyśmy do domku i tylko ich obserwowałyśmy. Wieczorem tradycyjnie udałyśmy się na spacer aby podziwiać zachód słońca.

czwartek, 7 września 2017

Dancing Queen

Dzisiaj miałyśmy dwie lekcje. Dzieciaków z dnia na dzień przybywa, wiec jest ich coraz więcej do ogarnięcia. Jako, że nie prowadzimy jeszcze zajęć merytorycznych, są to cały czas creativity lessons, podczas których dzieci robią różne rzeczy. Dzisiaj tematem przewodnim był taniec. Włączyłam dzieciom muzykę, do której tańczyły, a potem miały narysować skojarzenia jakie im przychodzą do głowy, gdy słyszą tę muzykę. Zaprezentowałyśmy im europejską klasykę disco czyli ABBĘ,
dzieciom bardzo się to spodobało. Głównie rysowały tańczących ludzi, korony, stoły z telewizorami (?). Wszystkiemu przyglądali się tutejsi nauczyciele, chyba byli zadowoleni bo się do nas uśmiechali:) Niestety, jedno dziecko nam się rozpłakało bo bardzo chciało iść do domu spać. No i poszło. Aby przy okazji sprawdzić jaki poziom angielskiego maja dzieci, miały za zadanie napisać nazwy tego co narysowały. I tu niestety był trochę problem. Okazało się, że większość umie tylko
pojedyncze litery, ale nie potrafią złożyć ich w słowa. Tak więc trzeba było przeliterować im większość słów. Oby tylko zapamiętali je i potrafili użyć w przyszłości.

Poniżej udało mi się załadować jeszcze zdjęcia z wczoraj:

Po lekcjach miałyśmy jechać do miasta na zakupy, aby uzupełnić zapasy. Kierowca miał przyjechać za godzinę, ale ostatecznie przyjechał po 2,5h. Zakupy przebiegły sprawnie.

Dla osób zaciekawionych tym co tu jemy i jak chronimy sie przed zatruciem:
 - wódka - mamy tu żubrówkę, malinowicę i wiśniowicę:) każde naczynie przed użyciem przecieramy żubrówką (białą), natomiast malinowicę i wiśniowicę popijamy w niewielkich ilościach. Jak na razie system działa, czujemy się bardzo dobrze,
 - jedzenie - nie ma tu możliwości żeby wyjść gdzieś i zjeść, dlatego też posiłki przygotowujemy sobie same. Na śniadanie głównie owsianka, na obiad ryż lub makaron z sosem/serem/kostką rosołową. Na kolację zależnie od potrzeby i możliwości: budyń, kisiel, petitki, batoniki owsiane, biszkopty, lubisie itp.
 - woda - do gotowania, herbaty i mycia zębów używamy wody butelkowanej, do zmywania i mycia ciała i włosów używamy wody z kranu, do mycia twarzy płynu
micelarnego. Nie mamy na razie grzybicy ani żadnych nadmiernych pryszczy. Ręce przecieramy płynami antybaktryjnymi.

Mamy tu również współlokatora, który nas często odwiedza i nawet zrobił sobie z Kamili łóżka toaletę. Jest to mysz Teodor. Niestety, nie płaci czynszu i ciągle czycha na nasze jedzenie:)

środa, 6 września 2017

Ctrl + C Ctrl + V

Wczoraj w końcu nadszedł ten dzień, kiedy miałyśmy pierwszą lekcję z dzieciakami. Była to lekcja informatyki. Szkoła posiada 6 laptopów z czego jeden nie działał. Na lekcję przybyło 5 dzieci, czterech chłopców i jedna dziewczynka w wieku 12-13 lat. Lekcja miała zacząć się o godzinie 9, w rzeczywistości jednak zaczęła się po 10. Powoli się przyzwyczajamy, że rzadko kiedy jest tu coś na czas. Ponieważ sala komputerowa nie jest zamykana na klucz, wszystkie komputery przetrzymywane są w gabinecie Johna i przynoszone na każdą lekcję. Trochę czasu zajmuje ich zainstalowanie i podłączenie do gniazdek, które nie zawsze działają. Lekcję miałam prowadzić razem z Kamilą i jako temat wybrałyśmy "Podstawy excela". Były to naprawdę podstawy, mam nadzieję że jednak coś tam w ich głowach pozostało.
Pokazałyśmy im następujące rzeczy:
1. zaznaczanie komórek
2. wypełanianie komórek danymi
3. formatowanie komórek (kolor czcionki, kolor komórki, typ czcionki, obramowanie komórki, łączenia komórek, kopiowanie i wklejanie komórek)
4. kopiowanie formatów komórek
5. tworzenie tabel i ich formatowanie
6. funkcja "suma"
Wczoraj również otrzymałyśmy rozkład lekcji jakie mamy prowadzić. Będziemy uczyć matematyki, angielskiego i informatyki, oraz prowadzić tzw. creativity lessons, na których dzieci robią różne rzeczy jakie im zada nauczyciel, rozwijające ich kreatywność.
Dziś prowadziłyśmy lekcję creativity wśród dzieci o nieokreślonym wieku. Widać było, że nie wszyscy są w tym samym wieku, ale jak pytałyśmy ich ile mają lat, nie potrafiły odpowiedzieć. Ten tydzień jest dość luźny w szkole, na zajęcia przychodzą te dzieci, które mogą, stąd taka różnorodność wiekowa. Na creativity lessons dzieciaki miały narysować swój dom i swoją rodzinę oraz samego siebie. Kreatywność dzieci była ogromna.

Potem miałyśmy informatykę, znowu zróżnicowanie wiekowe wystąpiło. Dziś dzieci było więcej niż wczoraj, bo 10. Ponieważ działały tylko 4 komputery, musiały siedzieć po kilka przy jednym. Tematem zajęć był "Paint" - dzieci miały narysować w paincie swoją szkołę oraz przedmioty których się uczą. Okazało się, że dzieciaki radzą sobie całkiem nieźle w tym programie. Na podstawie tych rysunków powstanie prezentacja o szkole, ale to jest temat na kolejne zajęcia.

Chciałabym też jeszcze potrenować z dziećmi excela, może uda się to na kolejnych lekcjach.
Wczoraj nasz bodyguard zadeklarował, że chciałby się pouczyć bardziej zaawansowanych funkcji excel. Ponieważ ani mój, ani Kamili laptop nie posiadają tego programu, dziś pożyczyłyśmy od Johna jeden z komputerów aby przeprowadzić lekcję. Tematem przewodnim miały być wykresy.
Ostatecznie okazało się, że bodyguard aż tak dużo nie umie, więc trzeba było rozpocząć od podstaw.
Na koniec kilka ciekawych informacji:
 - wschód słońca jest tu ok godziny 6:00, natomiast zachód ok 18:00. Przez cały wieczór do ok północy cały czas słychać muzykę, śmiechy, krzyki. Od rana również słychać hałasy, więc ma się wrażenie, że mieszkańcy prawie w ogóle nie śpią. Nie jest to dla nas przeszkodą, gdyż mimo to śpi się tu całkiem dobrze.
 - woda jest tu ogrzewana tylko przez słońce, więc często myjemy się w zimnej wodzie - w sam raz hartowanie na zimę:)
 - internet na kompie działa tu meeega wolno, więc każde ładowanie wpisu na bloga to wiele godzin odświeżania strony. Na telefonie działa w miarę szybko, jeśli połączenie się nie zerwie.

poniedziałek, 4 września 2017

Pierwszy dzień szkoły

Szkoły w Zambii funkcjonują w okresach trzymiesięcznych tj. jest trzy miesiące nauki i miesiąc wakacji. W sierpniu dzieciaki i nauczyciele mieli wakacje i
dziś zaczynają pierwszy dzień nauki po miesięcznej przerwie. John poinformował nas, że otwarcie nowego okresu szkolnego rozpocznie się dziś o godinie 8:00.
W związku z tym, wstałyśmy wcześnie rano aby zdążyć. Jak się okazało, nie ma tu żadnej oficjalnej uroczystości otwierającej, tak jak to bywa w polskich
szkołach. Nie ma tak, że wszystkie dzieci przychodzą, dostają plan lekcji i idą dalej. Tutaj przyszła garstka dzieci i żadnego oficjalnego przywitania nie
było. Nie wiadomo nawet, czy w tym tygodniu będą jakieś konkretne zajęcia. Nie ma dzieci, to kogo mamy uczyć? Na ten moment, miałyśmy spotkanie z Johnem i
nauczycielami w celu zorientowania się, co możemy dla nich zrobić. Oficjalny plan tego co, kiedy i kogo mamy uczyć otrzymamy jutro. Mam nadzieje, że
faktycznie to się stanie i będziemy mogły robić w końcu to, po co tu przyjechałyśmy.
Po kilku dniach pobytu tutaj mam kilka obserwacji, które być może potwierdzą lub zaprzeczą dotychczasowym wierzeniom Europejczyków co do Afryki:
 - czas i jego organizacja - w Zambii jest taka sama strefa czasowa jak w Polsce. Ludzie tu mieszkający, bardzo lekko podchodzą do punktualności i w ogóle
się nie spieszą. Kilkakrotnie zdarzało się, że umawiałyśmy sie z kimś na konkretną godzinę, ale nic się o tej godzinie nie zadziało. Np. nasz wczorajszy
wypad do kościoła - czekałyśmy na Johna o 6:45, bo tak nam powiedział, a faktycznie wyruszyliśmy chwilę po 7. Inny przykład: dziś miało być rozpoczęcie roku
o 8, w efekcie nie nastąpiło w ogóle, a spotkanie z nauczycielami było dopiero ok 12:00.
 - spotkania i planowanie - uczestniczyłyśmy dziś w spotkaniu z nauczycielami, aby zaplanować nasz udział w zajęciach w ciągu najbliższego miesiąca. Najpierw
czekaliśmy na przybycie wszystkich osób. Nie wszystkim się spieszyło, więc zajęło to trochę czasu. Potem ustalano agendę spotkania. Też to trochę zajęło, bo
chociaż agenda miała punktów z 5, to nie każdemu sie podobała kolejność, w jakiej miały być omawiane. Sama forma spotkania była trochę "rozlazła",
pomiędzy kolejnymi kwestiami następują długie chwile ciszy.
Na początek spotkania w agendzie ujęta jest modlitwa o to, aby zostały podjęte właściwe decyzje. No tak, właściwe decyzje potrzebują dużo czasu...
 - pogoda - tu jest największa niespodzianka, gdyż jest tu dość chłodno. Dziś np. w ciągu dnia było max 24 stopni, ale wieje dość mocny wiatr, który powoduje,
że odczuwalna temperatura jest o wiele niższa. W nocy temperatura waha się w okolicach 15 stopni. Nie są to więc jakieś ekstremalne upały, nie tego sie tu
spodziewałam, ale dzięki temu nie odczuwa się zmiany klimatu i czujemy się dość komfortowo w tych warunkach. Oczywiście dotyczy to obecnego okresu, w innych
miesiącach kwestia pogody może wyglądać zupełnie inaczej.
 - kurz - nie rośnie tu żadna trawa, ziemia jest dość sucha a wiejący wiatr powoduje, że ciągle czuje się kurz w powietrzu. Widać to również w domku, gdyż
rzeczy, które przywiozłam tu w piątek, już mają taką warstwie kurzu, jakby leżały tu co najmniej pół roku.
 - prąd i woda - czasami ich brakuje, dziś nie było prądu i wody przez ok 6 godzin.
Na zakończenie dnia udaliśmy się znowu na spacer żeby zobaczyć zachód słońca, tym razem z innej strony.



Dla ciekawskich, zamieszczam zdjęcie ulicy w Lindzie:

niedziela, 3 września 2017

Shame on you!

Niedzielny poranek w Zambii najlepiej rozpocząć wizytą w kościele. Nawet jeśli nie jest się zagorzałym katolikiem, lepiej tego nie okazywać tutaj, bo popatrzą na Ciebie jak na osobę co najmniej dziwną. Dlatego też, aby nie odstawać od tłumu, wybrałyśmy się na mszę świętą. W tutejszym kościele jest msza po angielsku odprawiana o godzinie 7:00, oraz w języku Nyanga o godzinie 9:00. W tym tygodniu byłyśmy na wersji angielskiej, w kolejnym wybieramy się na wersją Nyanga. Przed godziną 7 stawiłyśmy się więc pod domem Johna, aby razem z nim udać się do kościoła. Sam budynek kościoła jest dość skromny, ale ma wszystkie najważniejsze
części jak ołtarz, mikrofon, ławki do siedzenia. Kościół ma plan krzyża. Sama koncepcja i zawartość mszy jest taka sama jak w Polsce, jednakże wykonanie jest o wiele weselsze i przez to ciekawsze.
Najważniejsze różnice:
 - śpiewanie pieśni kościelnych - jak zdążyłam się już przekonać, Linda (dzielnica w której mieszkamy) to bardzo muzyczne miejsce, ciągle słychać jakąś muzykę
i śpiewy tubylców. Ma to swoje odzwierciedlenie w kościele, gdzie słychać wielką radość w głosach ludzi, którzy dodatkowo wesoło kołyszą się w rytm muzyki.
Nie są to takie patetyczne pieśni jak w polskim kościele, raczej brzmią jak wesołe piosenki do których dałoby radę nawet potańczyć.
 - ofiara pieniężna - nie ma tutaj żadnego kościelnego, który podtyka ludziom koszyk pod nos. Pod ołtarzem stają wybrane osoby z drewnianymi skrzynkami z napisanym imieniem świętego. Każdy kto chce może sobie podejść i wrzucić pieniądz dla wybranego świętego.
 - forma kazania - kazania wygłaszane są z wielką ekspresją, ksiądz czasami pokrzykuje na swoich wiernych, ale jest to specjalny zabieg żeby trafić do ich umysłów. Czasami też zadaje im różne pytania, nie oczekując oczywiście odpowiedzi, ale refleksji z ich strony. Siedząca koło mnie pani cały czas pomrukiwała w odpowiedzi na pytania księdza, zapewne akceptowała w duchu to co mówił. "Shame on you" krzyczał i naprawdę można było się zawstydzić:)
Pod koniec mszy, w ramach ogłoszeń parafialnych bardzo miłym akcentem było to że zostałyśmy przedstawione społeczności jako przyjaciele z Polski. Tak wiec jesteśmy tu już powszechnie znane:)
Jutro rozpoczyna się kolejny trzymiesięczny okres w którym dzieci będą uczęszczały do szkoły. W ramach przygotowań na podwórku powstają nowe ławki i krzesła dla uczniów. Nieważne że jest niedziela, wyposażenie musi być, toteż od ok godziny 9 do 15 cały czas słychać warkot urządzeń i stukot młotka. Nie jest więc tak, że ludzie tu nie pracują w niedzielę, jak trzeba to pracują i to bardzo intensywnie.


Po godzinie 16 wybraliśmy się z naszym bodyguardem Michałem na spacer, aby zobaczyć afrykański zachód słońca. Zanim wyszłyśmy rozpaliłyśmy w domku wspomnianą w ostatnim wpisie tabletkę na insekty wszelakie. Tabletka zaczęła się strasznie dymić, więc trzeba było szybko uciekać żeby się nie zatruć.
Po drodze spotkaliśmy jakichś kolegów Michała, z którymi wymieniłyśmy kilka zdań. Po powrocie nasz domek wywietrzył się z dymu i można już w nim spokojnie siedzieć.

Jeszcze kilka słów o komunikacji z lokalsami: większość ludzi mówi po angielsku, ale niestety z różnym akcentem. Niektórzy mówią bardzo wyraźnie i nie ma absolutnie problemu żeby ich zrozumieć. Niektórzy, niestety, bardzo dziwnie wypowiadają słowa i nie da rady ich zrozumieć, brzmi to jak jakiś bełkot. Co gorsza, denerwują się, że ich nie rozumiemy, nie jest to jednak kwestia tego że nie chcemy.

sobota, 2 września 2017

Ważne jest pierwsze wrażenie

Najważniejsze rzeczy do ogarnięcia na początek w Zambii to:
1.Butelkowana woda
2.Tabletki na malarie
3.Spirale na komary
4.Internet
Po wyjeździe z lotniska, pierwsze miejsce w które dotarliśmy to Makeni Mall. Jest to centrum handlowe, całkiem przyzwoite, gdzie planowaliśmy nabyć powyższe rzeczy. Jak widać, ludzie po skończonych zakupach, zostawiają wózki gdzie im się podoba.


Jako pierwsze udaliśmy się do kantoru aby wymienić money money. Zambijską walutą są kwachy (czytaj. kłocze) 1$= ok 9 kwachów.
Potem skierowaliśmy się do operatora sieci komórkowych MTN Zambia. Internet występuje tu głównie w postaci mobilnej, na kartę do telefonu, który można potem udostępnić na inne urządzenia. Najpierw kupuje się kartę sim/microsim/nanosim po czym należy je zarejestrować. Karta kosztuje 5 kwachów, po rejestracji można ją doładować gigabajtami internetu. Jest wiele dostępnych taryf, ja zdecydowałam się na 3 GB / m-c ale można też kupić 5, 10 itp. Aktywacja wg informacji, jakie uzyskaliśmy od pań z obsługi, miała nastąpić w przeciągu godziny od rejestracji.
Oczekując na weryfikację naszych danych i przyłączenie do środowiska posiadaczy zambijskich numerów, udaliśmy się do supermarketu aby zakupić butelkowaną wodę. Nie było z tym większego problemu, gdyż w Makeni Mall jest supermarket, gdzie do koszyka zbiera się potrzebne rzeczy.
Po wizycie w supermarkecie udaliśmy się do apteki aby dokonać zakupu leków na malarię. Wg polecenia kupiliśmy Deltaprim, który bierze się raz na tydzień podczas pobytu w strefie zagrożenia oraz przez trzy tygodnie po powrocie ze strefy zagrożenia. 30 tabletek kosztuje 80 kwachów, mniejszych opakowań nie sprzedawali. W aptece chciałyśmy się też zaopatrzyć w spirale przeciw komarom, których nie mogłyśmy znaleźć w supermarkecie. Niestety nie mieli, ale sprzedali
nam tabletki do palenia w mieszkaniach aby odstraszyć wszystkie insekty. Do tej pory ich nie zapaliłyśmy. Z drugiej strony na razie nie ma jakiegoś większego problemu z owadami, jedynym obcym mieszkańcem domku jakiego spotkałyśmy była mysz!
Dostęp do internetu zamiast po godzinie, otrzymałyśmy dopiero po ok 4 - 6 godzinach, gdy operator się ogarnął. Także nie ma co panikować że nas oszukali, tylko cierpliwie czekać. This is Afrika.
Po przyjeździe do szkoły oraz naszego domku zwiedziłyśmy wszystkie klasy, gdzie będą odbywać się zajęcia. Reszta dnia upłynęła nam na oczekiwaniu na walizkę Kamili, która wciąż do nas nie dotarła. Przy okazji poznaliśmy jednego z przyjaciół Johna, pana Banda, w skrócie Banana. Banan jest bardzo rozmowny i sympatyczny, od razu został moim bratem oraz mężem Kamili. Tworzymy bardzo zgraną rodzinę:)

Kolejnego dnia z rana postanowiłam radośnie rozpocząć dzień prysznicem. Odkręciłam wodę i nałożyłam na siebie wszystkie specyfiki niezbędne dla zachowania higieny, a tu niespodzianka: Nie ma wody! Stałam chyba z 20 minut, gdy woda zaczęła płynąć znowu. Grunt, że udało mi się jednak umyć:)
Po śniadaniu zachciało nam się popracować fizycznie więc zapytałyśmy Johna czy mu nie trzeba w czymś pomóc. Dał nam dwa zajęcia: przewiezienie kupy śmieci połączonych z ziemią w taczkach na drogę oraz przerzucenie piachu, który pokrywał część podwórka pod ścianę szkoły. Zajęcia wymagające trochę siły w rękach, wykonałyśmy dość sprawnie, co widać na zdjęciach poniżej:

Dla nas Europejczyków jest to trochę dziwne, że śmieci wyrzucane są wprost na drogę, ale nie widziałam tu jeszcze żadnych kontenerów, wiec tak to chyba tutaj działa...
Podczas prac poznałyśmy brata Johna oraz naszego bodyguarda (tak mamy tu ochroniarza!) Bodyguard, który ma na imię Twambo, przechrzciłyśmy na Michała. Jest on z tego powodu bardzo zadowolony. Pouczyliśmy się też wzajemnie języka zambijskiego i polskiego. Poniżej nasze zadowolone miny po nauce.

Ludzie w Zambii posługują się głównie językiem angielskim oraz dwoma językami lokalnymi: Bemba i Nyanga (ten drugi jest bardziej popularny). Kilka wyrażeń już umiem i mam zamiar je wykorzystywać w codziennych kontaktach:)
Po pracy i nauce postanowiłyśmy wybrać się do sklepu żeby kupić płyn do naczyń i gąbkę. Wychodząc ze sklepu spotkałyśmy żonę Johna, która zaprosiła nas na obiad do swojego domu. Chętnie skorzystałyśmy z zaproszenia. Na obiad było tradycyjne danie, które nazywa się szema (tak się wymawia, potem sprawdzę jak się pisze). Głównym składnikiem jest kukurydza a jego konsystencja i smak jak kaszki manny. Do tego dostaliśmy po kawałku kurczaka (w moim przypadku to była głównie kość) oraz szpinak z jakimś warzywem, które nie wiem czym było. Mam wrażenie, że nie stosują tu przypraw, gdyż smak całego dania był trochę bez smaku.
Po obiedzie poszłyśmy na lokalny market aby zakupić czitangi - to są te chusty o których pisałam w poprzednich postach (tak się wymawia, potem sprawdzę jak się pisze).
Wracając z marketu, spotkałyśmy dzieci, które były bardzo zaciekawione nami. Szły za nami, łapały nas za ręce, chciały dotykać naszej skóry. Było to nawet sympatyczne, odprowadziły nas pod same drzwi naszego domku.
Po powrocie okazało się, że walizka Kamili jest już gotowa do odbioru z lotniska. Ruszyliśmy więc samochodem (Kamila, ja, John i Banan) aby odebrać zgubę
i przy okazji pooglądać Lusakę nocą. Zahaczyliśmy również o Makeni Mall, gdzie John chciał zakupić abonamenty na prąd (tutaj prąd doładowuje się jak telefon). Po przyjeździe do domku
okazało się że faktycznie nie było prądu, ale nowozakupiony abonament naprawił ten problem:)

Buka w Dolinie Muminków

Tak tak, wiem mam straszne blogowe zaległości, ale nadrobię je, obiecuje sobie przede wszystkim. Tymczasem zrelacjonuje jeden z moich ostatn...