niedziela, 26 maja 2019

Cele indywidualne a cele grupowe czyli jak (nie)zdobywać Tubkala

Zdobywać szczyty coraz wyższe to jedno z moich wielu marzeń. Kocham górskie wędrówki i mam apetyt żeby wchodzić wyżej i wyżej. Dlatego też zdecydowałam się zdobyć swój pierwszy czterotysięcznik na nogach. Miałam już wcześniej okazje być na takiej wysokości ale niestety przejazdem, więc to się nie liczyło :) Teraz chciałam tam po prostu wejść...
Jako pierwszą górkę postanowiłam zdobyć jedną z najłatwiejszych podobno górek czyli Jebel Toubkal w Marocco. Postanowiłam się wybrać tam z jednym klubem podróżników, bo to zawsze łatwiej wtedy zorganizować. Wejście na Toubkal miało być punktem kulminacyjnym 7 dniowej wycieczki po Maroko. Nietrudno jednak się domyślić ze mnie interesował tylko Toubkal a reszta to tylko miły dodatek :) Np. ślimaczki, mniam!

Cała wycieczkę rozpoczęliśmy bardzo wczesnym wyjazdem z Markaeszu do Imlil, odległego ok 2 h samochodem. Imlil znajduje się na wysokości ok 1 800 mnpm. Tam wynajęliśmy kijki i ruszyliśmy w drogę. Niestety z powodu braków zasobowych dostały mi się dwa różne kijki, ale co tam, działały i to jest najważniejsze:). Pierwszego dnia mieliśmy do przebycia drogę do schroniska Refuge du Toubkal, które znajduje się na wysokości ok 3200 mnpm. Po drodze z Imlil do schroniska znajdują się trzy punkty kontrolne, gdzie sprawdzają paszporty. Kontrole te zaczęły się po tym jak w grudniu 2018 roku zamordowano tam dwie dziewczyny ze Skandynawii (z Danii i Norwegii), które podobno sobie gdzieś na dziko nocowały. Jak kogoś interesuje ten temat to więcej jest np. tu: https://en.wikipedia.org/wiki/Murders_of_Louisa_Vesterager_Jespersen_and_Maren_Ueland
Niestety chyba nie do końca te kontrole są sprawne bo mi się udało przejść obok jednej z nich niezauważonym. W ogóle wydają mi się one trochę bezsensowne, bo i tak jak ktoś będzie chciał to sobie poradzi, zwłaszcza idąc w większej grupie. Poniżej okolice pierwszej kontroli, właśnie tam gdzie mnie nie zauważono:


Z Imlil do Schroniska można się dostać na osiołku. Z całej naszej grupy, tylko jedna osoba zdecydowała się wjechać tam właśnie tym sposobem. Ponieważ całkiem sprawnie się poruszali towarzyszyłam im idąc obok, ad do miejsca zwanego "Białym kamieniem" gdzie miała miejsce druga kontrola. Cały czas towarzyszyły nam piękne widoki gór jak np. takie:


Po drugiej kontroli (gdzie odnotowano mnie po raz pierwszy)oraz posiłku ruszyliśmy dalej w drogę. Niestety był przymus żeby iść za przewodnikiem, który do najszybszych nie należał. Dodatkowo część grupy coraz robiła sobie postoje (chyba nawet było więcej postojów niż iścia). Dla niektórych było to trochę irytujące a dla mnie nawet bardzo bo ja jestem przyzwyczajona do zapie********, wiec trochę się męczyłam. Mus to mus, co zrobisz jak nic nie zrobisz. Możesz tylko robić zdjęcia, albo mogą zrobić tobie:

I tak powoli dotarliśmy do trzeciego punktu kontroli, gdzie poczęstowali nas orzechami włoskimi. Po tym punkcie przewodnik pozwolił tym którzy chcą żeby szli swoim tempem do schroniska. I na ten moment czekałam, próbowałam dogonić tą osobę, która jechała na osiołku, ale niestety minimalnie przegrałam, także byłam pod schroniskiem jako druga z naszej grupy :)

W schronisku mieliśmy nocować aby kolejnego dnia z rana zaatakować szczyt. Chociaż w sumie miałam jeszcze tyle energii, że dałabym rade tego samego dnia, ale cóż trzeba się dostosować do grupy. w schronisku wypożyczyliśmy raki, bo mimo że to Afryka to w górach jest śnieg. Może nie były to najlepszej jakości raki, ale założyć się dały więc było ok.
Kolejnego dnia ok godziny 4:30 wyruszyliśmy ze schroniska żeby dotrzeć na szczyt. Było jeszcze ciemno więc trzeba było mieć czołówkę, ale nawet w miarę ciepło więc jak dla mnie warunki w sam raz. Niestety znowu zaczęły się problemy z częścią grupy która co raz robiła postoje bo a to komuś spadł rak, a to ktoś się źle poczuł. No zdarza się, niestety podczas takich postojów poczułam, że jednak wcale nie jest tak ciepło, albo po prostu byliśmy coraz wyżej stąd bardziej odczuwałam zimno. Po pewnym czasie zaczęło się robić jasno i zaczął wyłaniać się piękny widok gór:


Z każdą chwila było coraz jaśniej i coraz piękniej. Z czasem też zaczęłam odczuwać zmianę wysokości, gdyż coraz trudniej było mi złapać oddech. A to przecież niemożliwe że straciłam kondycję w kilka minut :)

Ostatni prosta na Toubkal jest banalna do wykonania, przestała mi też przeszkadzać utrata oddechu, sama końcówka trasy ma już nieznaczne wzniesienia więc zmiana wysokości nie jest aż tak gwałtowna. W końcu dotarłam na szczyt, wg wskazań na telefonie była ok 8:30, a widoki imponujące:




Po zdobyciu szczytu zeszliśmy do schroniska a następnie z powrotem do Imlil. Część osób zdecydowała się na powrót osiołkiem ze schroniska. W drodze powrotnej Atlas pogroził nam burzą, na szczęście nic się nikomu nie stało i tylko trochę przemoknięci wróciliśmy do Markaeszu skąd następnego dnia wracaliśmy do Polski (ja wracam przez Pragę co prawda, ale też docelowo do Polski :)) Po drodze spotkaliśmy bardzo sympatyczne stado kóz, przesłodkie kluski:


Niestety spotkałam się z falą hejtu za to w jaki sposób zdobyłam ten szczyt. Dla mnie jednak liczy się to, że weszłam tam na swój sposób. Jak jestem w górach to chce żeby to była dla mnie przyjemność a nie stres związany z tym co ludzie pomyślą. Dużo miłości życzę wszystkim ja i wielbłąd Olek 💜

niedziela, 17 marca 2019

Wyspa Afrodyty

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w podróży ...

Pewnego zimowego dnia, albo wieczora wpadłyśmy z koleżanką, z którą znam się od ponad 10 lat, na pomysł żeby w końcu gdzieś się razem wybrać. Dla obu z nas podróże to pasja, wiec dziw bierze, że do tej pory nie udało nam się jeszcze nigdzie razem wyjechać. Trzeba było wiec nadrobić ten haniebny brak i w końcu gdzieś się razem wybrać. Ponieważ obie sporo podróżujemy, mało jest miejsc gdzie jeszcze żadna z nas nie była, ale wciąż takie są i tak oto zdecydowałyśmy się na wyjazd na Cypr.
Podróż zaplanowałyśmy na trzy dni. Cypr nie jest jakiś wielki (podobno wielkości województwa opolskiego) więc zdecydowałyśmy się wynająć samochód i po prostu pojeździć z miejsca na miejsce, aby zobaczyć jak najwięcej w tak krótkim czasie. W zaplanowaniu podróży bardzo pomógł nam czyjś blog podróżniczy, własnie opisujący co można zwiedzić w trzy dni na Cyprze.
Samolot miałyśmy z Okęcia ok 16 po południu w piątek, lot zajął nam ok 4 h i po 20 byłyśmy już na miejscu. Na lotnisku od razu odebrałyśmy wypożyczony samochód i ruszyłyśmy z lotniska do Larnaki, aby tam przenocować. Na Cyprze jest ruch lewostronny, ale koleżanka to mistrz kierownicy i nie straszne jej było to, że jedzie po złej stronie drogi. Niestety, ja nie jeżdżę, wiec musiałam polegać na jej umiejętnościach i prawdą jest, że poradziła sobie wyśmienicie :) W Larnace wybrałyśmy się na późną kolację i krótki spacer nad morze. UWAGA na Cyprze są też gniazdka typu angielskiego. Na szczęście skojarzyłam że lewostronny ruch to pewnie też trzeba przejściówkę wziąć, co uratowało nas przez stratą kontaktu ze światem :)
Kolejnego dnia z rana wyruszyłyśmy z Larnaki na zachód wyspy szlakiem miejsc polecanych we wspomnianym wyżej blogu. Jako pierwsza Governors Beach - podobno piękna, jak dla mnie przeciętna, ale zobaczyć można.
Potem zatrzymałyśmy się chwilę w Limassol ponieważ chciałam zobaczyć biuro mojej firmy, które się tam mieści. Niestety chyba GPS szwankował bo nie udało mi się tego miejsca znaleźć, ale byłam na ulicy gdzie teoretycznie powinno to biuro się znajdować :) Z Limassol wyruszyłyśmy do kompleksu archeologicznego Kourion, gdzie na pewno odnajdą się ludzie którzy lubią takie miejsca. Jak dla mnie, po prostu fajnie było to zobaczyć.
Potem wyruszyłyśmy w kierunku jednego z ciekawszych miejsc na Cyprze, czyli miejsca narodzin Afrodyty. Miejsce fajne, ale bardzo dużo było tam (nawet na tą porę) turystów. Dla mnie super sprawą było to, że mogłam sobie wejść na skałę i obejrzeć całość z góry.
Po obejrzeniu skały przeniosłyśmy się do Paphos, aby tam przenocować. Ale zanim sen, trzeba było coś zjeść, wiec wybrałyśmy się do jednej z nielicznych otwartych o tej porze roku restauracji. Okazało się, że był to rodzinny biznes, czyli mała knajpka gdzie bardzo miło nas potraktowano i miałyśmy okazję zasmakować cypryjskiej gościnności tj.
- było mi zimno więc na początku siedziałam w czapce - panie przyniosły mi grzejniczek gazowy żebym mogła się rozgrzać,
- dostałyśmy gratis ciastko czekoladowe,
- wypiłyśmy butelkę wina za 3/4 ceny z menu,
- dostałyśmy foldery reklamowe i mapę Paphos,
- pojadłyśmy musake.
Po kolacji wybrałyśmy się jeszcze na spacer, z którego ze względu na problemy techniczne wróciłyśmy komunikacją miejską (cena jednorazowego biletu autobusowego w Paphos to 1,5 EUR)
Kolejnego dnia z rana wybrałyśmy się w dwa, wg mnie, najciekawsze miejsca na Cyprze.
Na początek pojechałyśmy zobaczyć wrak statku EDRO III, który podobno stoi tam od grudnia 2011 roku. Naprawdę robi wrażenie i z bliska i z daleka i warto go zobaczyć.
Po wizycie na ERDO pojechałyśmy zobaczyć wąwóz Avakas. Miałyśmy trochę problemy z dojazdem tam, gdyż podobno ulewne deszcze zniszczyły drogę, ale koleżanka ponownie udowodniła, że jest mistrzem kierownicy i takie rzeczy jej nie straszne. Przy okazji naszego błądzenia, udało nam się trafić na bardzo uroczy kościółek, który na tle pochmurnego nieba prezentował się spektakularnie.
Droga do wąwozu okazała się zamknięta, ale turyści i tak tam szli wiec poszłyśmy i my. Już na samym wejściu trzeba było przejść przez strumyk i nie dało się tego zrobić inaczej niż boso lub mocząc sobie buty. Potem kawałek idzie się ścieżką, natomiast sam wąwóz o tej porze roku (tj. luty) najlepiej przejść na boso bo jest tam dużo wody, można ewentualnie zaopatrzyć się w specjalne buty. Chyba, że ktoś chce poświęcić swoje regularne buty, to już jest to jego wybór. Ja zdecydowałam się na bosą wycieczkę, chociaż ten kto mnie zna wie jak nienawidzę chodzić boso po kamieniach w zimnej wodzie. Udało się jednak, nawet za bardzo nie krzyczałam :) Naprawdę polecam taki spacer.

Po Avakas zdecydowałyśmy pojechać w góry Troodos, żeby zobaczyć Olimp. Niestety, ku mojemu niezadowoleniu tuż po wyjeździe z Paphos okazało się że oderwał nam się przedni błotnik w lewym kole i zahacza o koło. Wywoływało to niezbyt przyjemne dźwięki i nie wiadomo czy nie doprowadziło by do gorszych uszkodzeń. Koleżanka wezwała więc pomoc z firmy od której wynajmowałyśmy auto, żeby nam to naprawili. Niestety, nie miałyśmy narzędzi żeby to naprawić, a rozwiązanie "na plaster" (dosłownie) nie dało pożądanego rezultatu. Pomoc okazała się bardzo czasowa, gdyż jak obiecali ze będą w 30 minut to tak właśnie dojechali. Pan z pomocy okazał się bardzo sympatycznym Rumunem i bardzo chętnie wzięłybyśmy go dalej ze sobą :). Przez tą nieoczekiwaną naprawę miałyśmy ok godziny opóźnienia i mimo starań nie udało nam się dotrzeć do Troodos przez zmrokiem. Pozostało nam więc uczucie, że jesteśmy w górach, nie widząc ich.
Z Troodos ruszyłyśmy na drugi koniec Cypru tj, do Ayia Napa, gdzie miałyśmy nasz ostatni nocleg. Niestety potwierdziło się po raz kolejny, że luty to nie jest turystyczny miesiąc, większość restauracji jest zamknięta, wiec musiałyśmy się zadowolić kuchnią wschodnią (tj, chińczykiem). Byłam jednak tak głodna, że było mi bardzo wszystko jedno.
Ostatniego dnia zwiedziłyśmy jeszcze Most Miłości, który pięknie prezentował się na tle turkusowego morza, co ciekawe, mimo, że jest to naturalna formacja to i tam znalazło się miejsce aby zakochani mogli przypinać swoje kłódki. Zawsze mnie wtedy zastanawia i le taki par faktycznie przetrwało :).
Potem podjechałyśmy do jaskini na Cape Greco gdzie przeszkadzałyśmy w sesji pewniej pary młodej :) Niestety para młoda nie załapała się na zdjęcie...

W drodze do Larnaki zahaczyłyśmy jeszcze na obiad aby zjeść w końcu polecane Meze. Niestety okazało się, że jest to tak duże danie, że jeszcze przydałoby się co najmniej dwóch chłopów żeby to zjeść. No cóż, ale to co się udało zjeść było baaaardzo pyszne. Po powrocie do Larnaki dotarłyśmy do lotniska, gdzie zwróciłyśmy samochód i ok 23 byłyśmy z powrotem w Polsce.
Luty jest bardzo dobrym czasem na zwiedzanie Cypru, jeśli ktoś chce to robić aktywnie (tzn. nie tylko leżąc na plaży).  Pogoda jest bardzo ładna, świeci słońce, temperatura jest w okolicach 10-18 stopni (zależnie od pory dnia). Podsumowując, polecam taką wycieczkę :)

wtorek, 1 stycznia 2019

Irlandia - Isle of Emerald

Korzystając z ostatnich dni urlopu, postanowiłam wykorzystać przerwę świąteczno-noworoczną na "zaliczenie" kolejnego kraju. Po szybkim przeglądzie tanich lotów w tym okres, wybór padł na naszą kolonie zamorska, czyli zieloną Irlandię.
Wylot zaplanowałam zaraz po świętach, czyli 27 grudnia, powrót na 31 grudnia (chciałam jednak powitać nowy rok w Polsce). Lot oczywiście liniami Ryanair z Modlina, no bo nie mogłoby być inaczej :) W dniu wylotu w Polsce było dość zimno (ok. 4 stopni) i zastanawiałam się czy nie wzięłam za mało ubrań. Z drugiej strony prognozy pokazywały w Irlandii nawet do 12 stopni, wiec jednak nastawiałam się pozytywnie. I było to właściwe podejście, bo faktycznie po wyjściu z samolotu w Dublinie okazało się, że w Irlandii panowała pogodna mniej więcej taka jak w Polsce pod koniec października, czyli było naprawdę znośnie i przede wszystkim nie padał deszcz!
Z lotniska do centrum  miasta przyjechałam autobusem Airlink Express za 12 EUR przejazd w obie strony. Samo lotnisko jest dość blisko centrum miasta (ok 12 km), przejazd wiec trwał ok 15-20 minut. Ponieważ było już dość późno, tego dnia zdążyłam zrobić tylko szybką przebieżkę po centrum miasta, aby odnaleźć dworzec autobusowy, z którego kolejnego dnia miałam wyjeżdżać do Killarney. Z hostelu gdzie się zatrzymałam było to ok. 40 minut spaceru w jedną stronę. Człowiek z recepcji był bardzo zdziwiony, że chciało mi się tam iść piechotą bo to przecież taaak daleko. Dziwny jakiś :)
Liffey Bridge na rzece Liffey
Kolejnego dnia wcześnie rano miałam autobus do Killarney przez Cork. Jechałam liniami autobusowymi Eireann - co ciekawe linie te działają trochę jaki komunikacja miejsca w miastach, tzn. możesz kupić bilet na konkretny dzień ale nie na konkretną godzinę, stąd też jeżeli jest komplet to możesz po prostu się na daną trasę nie zmieścić w autobusie. Na szczęście, nie ma z tym problemów i udało mi się bezproblemowo wejść do autobusu za każdym razem :) Ludzie grzecznie stoją w kolejce do autobusu a nie pchają się jak to ma miejsce w Polsce, także tu bardzo duży plus dla nich. Przejazd zajął ok 6 h. To co najbardziej rzuciło mi się w oczy podczas podróży to to że Irlania jest naprawdę zielona i to tak bardzo bardzo:)
Fortepian na dworcu Heuston w Dublinie
Miasto Killarney leży w pobliżu parku narodowego o takiej samej nazwie. Ok 18 km od miasta położy jest najwyższy szczyt Irlandii, czyli Carrantuohill. Oczywiście nie byłabym sobą żeby nie pokusić się o wejście tam, dlatego też pierwszą rzecz jaką robiłam to udałam się do informacji turystycznej, aby dowiedzieć się jak tam się dostać. Jedna z tras jaką można wejść na szczyt zaczyna się w punkcie Cronin's Yard, czyli bazy kempingowej skąd można explorować góry. Niestety o tej porze roku nie jeździ tam żadna komunikacja miejska, można się tam dostać albo o własnych nogach, taksówką lub łapiąc stopa. Przejazd taksówką kosztuje ok 25 EUR w jedną stronę, o tej porze roku było tam wielu turystów, wiec łapanie stopa też jest wykonalne :) O tej porze roku jasno zaczyna robić się dopiero po 8 rano a zmrok zapada pomiędzy 16 a 17, wiec dzień jest dość krótki.
Widok na Killarney National Park
Początek trasy z Cronin's Yard jest dość łatwy, trudności zaczynają się na Devil's Ladder, jest to dość strome podejście, często po mokrych od potoku śliskich kamieniach. Podejście to było dość dobrze osłonięte od wiatru, ale po wyjściu na przełęcz okazało się że pogoda nie jest wcale taka fajna, nagle zaczęło bardzo wiać i padać deszcz. Wiatr był na tyle mocny, że chwilami miałam problem z utrzymaniem równowagi. Poza tym była dość mocna mgła, tak wiec widoków spektakularnych nie widziałam. Po pewnym czasie we mgle wyłonił się krzyż, który stoi na szczycie.

Droga na Carratuohill i z powrotem z Cronin's Yard podobno zajmuje ok 4-6 h, ja zrobiłam to w 4,5 h wiec chyba nie jest tak źle. Po zejściu ze szczytu i powrocie do Killarney, pochodziłam jeszcze trochę w okolicach jeziora Lough Leane.
Ross Castle w Killarney
Kolejnego dnia wracałam już z powrotem do Dublina, aby jeszcze go trochę poeksplorować. Ostatni nocleg miałam w hostelu Gardiner House który powstał w miejscu dawnej kaplicy. Przed wejściem do pokoju można było skorzystać z czegoś takiego (niestety nie wiem jaka jest profesjonalna nazwa, ale wiadomo o co chodzi :)

Na koniec jeszcze takie ciekawe przesłanie z Dublina :)

niedziela, 20 maja 2018

Wyprawa na Hel - edycja zimowa


Po powodzeniu letniej wyprawy na Hel, wpadłam na pomysł żeby zrobić również edycję zimową. Jakiś czas się do tego zbierałam, myślałam że już zastanie mnie wiosna, jednak udało się plan zrealizować w pierwszy weekend marca. Był to tez prawdopodobnie ostatni weekend gdy nad morzem panowały ujemne temperatury, tak więc warunki zimowe as hel :)
Niestety, w sezonie zimowym nie kursują pociągi nocne bezpośrednie na Hel, więc trzeba było trochę zmienić strategię letnią i dostosować ją do możliwości jakie daje nam PKP. Najrozsądniejszą opcją okazał się dojazd w sobotni poranek z przesiadką do busa w Gdyni. Pociąg wyruszył o 6:05 z Warszawy Zachodniej i dojechał na Gdynię Główną ok 9:30. W przeciągu ok 15-20 minut odjeżdżał busik do Władysława, tak wiec ok. 10:30 dotarliśmy na plażę we Władysławowie i ruszyliśmy w stronę Helu. Ze względu na późną porę wyjścia, trzeba było cała wyprawę podzielić na dwie części, dlatego też na sobotę zaplanowana była trasa Władek - Jastarnia. Na początku pogoda była bardzo ładna i świeciło słońce. Wkrótce jednak słońce zakryły chmury i zaczął padać śnieg. Mimo to, po plaży szło się naprawdę przyzwoicie, piach był twardawy, co bardzo ułatwiało iście po nim. Wiatr nie był bardzo uciążliwy, trochę wiał ale nie przeszkadzał wcale, co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Spodziewałam się jakiegoś sztormu i mroźnych podmuchów, a tu okazało się być całkiem przyjemnie.

Po pewnym czasie przestało padać i na zmianę wychodziło słońce i chmurzyło się. W sumie do końca dnia była podobna pogoda, bez żadnych niespodzianek. Po plaży chodziło trochę ludzi, głównie z psami lub sportowcy a także morsy. Ok godziny 16 dotarliśmy do Jastarni. Trochę żałowałam że już kończymy spacer na ten dzień, gdyż nie byłam aż tak bardzo zmęczona i pewnie jeszcze trochę bym pociągnęła. Mieliśmy jednak nocleg zamówiony w Jastarni (i opłacony) wiec już tam się zatrzymaliśmy. Trochę pozwiedzaliśmy tą miejscowość, która była dość pusta, jak to poza sezonem. Widzieliśmy nawet kilka popisów artystycznych miejscowej ludności.
Lokalna sztuka Jastarni

Kolejny dzień rozpoczęliśmy około godziny 9. Pociąg powrotny do Warszawy mieliśmy z Helu o 13 tak wiec 4 godziny i ok 15 km do przejścia. Jak najbardziej wykonalne :)
Pogoda tego dnia była dość stabilna, bez opadów, ale też bez nadmiernego słońca - tak w sam raz.

Około godziny 12:30 doszliśmy do cypla i uwieczniliśmy tę chwilę fotką. W okolicach cypla było sporo ludzi, chyba to popularne miejsce na niedzielne spacery :) Udało się jednak zrobić fotkę bez nich :)


Przed odjazdem odwiedziliśmy jeszcze miejscowe fokarium, gdzie zaadoptowałam małą pluszową foczkę, po czym udaliśmy się na stację kolejową. Do Warszawy wróciliśmy chwilę przed 20, oczywiście jadąc z przesiadką w Gdyni.



sobota, 14 października 2017

Malá Fatra - Wielki powrót

Przebywając w Zambii na wolontariacie, cały czas marzyłam o wyprawie w góry. Niestety, w Zambii nie udało mi się nigdzie wybrać, mimo że najwyższy szczyt nie jest taki mały. Jak ktoś chce zobaczyć jak wygląda najwyższa góra w Zambii, tu jest ciekawy filmik:
https://www.youtube.com/watch?v=654mJljhz5E
W tydzień po powrocie zdecydowałam się na wycieczkę do Malej Fatry na Słowacji. Byłam tam pierwszy raz ok 7 lat temu i od tamtego wyjazdu zaczęła się moja przygoda z wycieczkami po górach. Niestety podczas tamtej wyprawy, nie udało mi się zdobyć najwyższego szczytu tego pasma górskiego. Dlaczego? Najprostszą odpowiedzią będzie: bo tak. Trzeba więc było nadrobić zaległości, bo trochę wstyd.
Z Warszawy wyjechaliśmy w piątek 6 października ok 19:20 z placu Defilad. Docelowo mieliśmy się znaleźć w Popradzie ok 4:05. I tak faktycznie było, mimo opóźnień na trasie. Docelowo bus jedzie do Budapesztu, jakby ktoś potrzebował można wybrać się aż tam.  Ostatnio w Polsce zaczął działać nowy przewoźnik Leo Express Bus, firma czeska i całkiem fajna alternatywa dla Polskiego Busa. Oprócz zwykłych siedzeń, w busie znajduje się też tzw. business klasa, z dodatkową przestrzenią na nogi. Miejsca oczywiście numerowane i jak ktoś ma ochotę na lepsze warunki musi dopłacić. W business klasie w cenie biletu miały być dodatkowo dwa napoje i przekąska gratis (tak przynajmniej głosiła ulotka pozostawiona na siedzeniu). Niestety, z tych obiecanek dostaliśmy tylko po butelce wody.
W Popradzie mieliśmy przesiadkę do pociągu jadącego do miejscowości Vrútky, skąd zaczynała się nasza trasa. Zaraz obok Vrútky znajduje się miejscowość Turčianske Kľačany, gdzie znaleźliśmy otwarty sklep i zakupiliśmy ser bryndza, bardzo słony i zapychający, sam raz na śniadanie:).  W miejscowości tej wystąpiła bardzo ładna tęcza.
Po śniadaniu ruszyliśmy zielonym szlakiem w kierunku szczytu Suchý (1468 mnpm).
Niestety, po drodze zgubiliśmy szlak, ale i tak mimo wszystko udało się dotrzeć do Chaty pod Kľačianskou Magurou, która była po drodze. W chatce tej były jedne z najlepszych pączków jakie do tej pory jadłam, które musiałam zapić oczywiście Kofolą.
Po drugim śniadaniu ruszyliśmy w dalszą trasę. Postanowiliśmy przetrawersować Suchego żółtym szlakiem - byłam tam już podobno, więc straty większej nie było. W drodze czerwonym szlakiem na Malý Kriváň pogoda zaczęła się polepszać i widoki były coraz bardziej spektakularne. Chwilami nawet wyglądało słońce, co jeszcze bardziej podkreślało piękno gór.

Najwyższe szczyty pokryte były śniegiem, jak widać na poniższym obrazku.

W końcu udało mi sie dotrzeć na szczyt Veľký Kriváň (1709 mnpm), nadrobiłam więc swój brak. Moja radość była tak wielka, że aż zmrużyłam oczy z radości:)
Po zdobyciu najwyższej góry w paśmie zeszliśmy do Chaty pod Chlebom aby tam zanocować. Oczywiście miejsc na łóżkach nie było, wiec dostaliśmy podłogę na strychu. Oznacza to, że spaliśmy na podłodze, ale schronisko zapewnia materace (całkiem miękkie) i koce. Tak więc, swojej własnej karimaty mieć nie trzeba jeśli ma się rezerwację na strych, wystarczy śpiwór. I to też lekki, bo jest tam bardzo ciepło. Jedyny minus tego miejsca to brak osłony przed światłem ogólnym w pokoju.
Dlatego też, warto sobie coś powiesić, aby osłonić się od nadmiernego światła żarówki, jeśli chce się iść spać przed ciszą nocną (cisza nocna w tym schronisku obowiązuje od 23). W naszym przypadku bardzo dobrze ochroniły nas od światła kurtki oraz moja chusta na szyję z Tajlandii (hehe kolejne zastosowanie, naprawdę warto było ją nabyć). Jeśli chodzi o stronę kulinarną schroniska, to bardzo ciekawą propozycją jest gulasz z jelenia, oczywiście popity Kofolą lub piwem, zależnie
od upodobań:).
Kolejny dzień nie był już taki ciekawy. Pogoda była nie najlepsza, a mnie bolała noga. Dlatego też, zeszliśmy szlakiem zielonym do miejscowości Šútovo, skąd pociągiem dojechaliśmy do Žiliny a potem do Bohumína. Moim marzeniem jest zdobyć w końcu magnes z tej miejscowości, ale za każdym razem gdy tam jestem, sklepik na stacji, gdzie można kupić magnesy jest zawsze zamknięty. Może zamówię w końcu on-line?
Z Bohumína pociąg zabrał nas do Warszawy, gdzie byliśmy jakoś po 21 i tak skończyła się wycieczka.
Poniżej trasa jaką przebyliśmy pierwszego dnia. Drugim dniem nie ma co się chwalić:)
mapka ze strony mapa-turystyczna.pl

Powrót

W dniu wyjazdu dopadł mnie smutek z powodu końca przygody w Zambii. Jakoś nie tęskniłam za moim życiem w Warszawie, więc świadomość, że muszę tam wrócić nie była dla mnie jakaś szczególnie pociągająca. Z drugiej strony tęskniłam jednak za ciepłym prysznicem, wygodnym łóżkiem i mięsem. Pomyślałam sobie, że gdyby ktoś mi dał możliwość na tydzień zamieszkania w europejskim standardzie, żebym mogła się zregenerować, to mogłabym jeszcze zostać tam na jeden miesiąc. Oczywiście, musiałabym jeszcze zakupić pułapki/trutkę na myszy, bo one naprawdę obleśne były. Jednakże pierwotny plan był, że będę tam miesiąc, więc postanowiłam się tego trzymać. Może jeszcze kiedyś zdecyduje się na podobną akcję...
Wylot z Lusaki miałam o 18:20. Od samego rana pakowałam się i ogarniałam domek, żeby jakiejś totalnej wsi nie zostawić. Od kilku dni zastanawiałam się dlaczego lodówka nie działa. Nie trzymałam tam żadnych rzeczy do jedzenia więc było mi obojętne czy pracuje. Jednakże przy ogarnianiu podłogi zauważyłam że wtyczka jest lekko wyciągnięta z kontaktu. Wcisnęłam ją mocniej i hurra! działa! Kontakty są tu typu brytyjskiego, a sama wtyczka jak na załączonym obrazku. Podejrzewam, że myszy biegając, mogły naruszyć tą delikatną konstrukcję, także należy na to zwrócić uwagę w przyszłości.

Po 12 byłam już spakowana, robiłam sobie ostatni obiad. Dzieciaki miały przerwę w lekcjach, grały sobie w gumę i zaglądały do domku. Wyszłam do nich, aby po raz ostatni potrzymały mnie za rękę (naprawdę sprawia im to radość).

Chwilę przez 15 podjechała taksówka aby zawieźć mnie na lotnisko. Droga na lotnisko zajęła ok 1,5 h; w tym kierowca raz poszedł na zakupy do sklepu i nie było go chyba ze 20 minut. Na szczęście, mimo korków, udało nam się dojechać na 16:30, czyli prawie dwie godziny przed odlotem. Na lotnisku pożegnałam się z Johnem, zrobiliśmy kilka fotek i poszłam do bramek bezpieczeństwa.
Przy przechodzeniu przez bramki, strażnicy chyba nie za bardzo się interesowali co się dzieje,
bo spokojnie przeszłam z butelką wody 0,75l. Tak więc można próbować tak przychodzić i myślę, że spokojnie się uda. Nadałam bagaż, otrzymałam pieczątkę w paszporcie i wybrałam się na "szaleństwo zakupowe". Niestety, miałam ze sobą tylko 30 kwachów, co odpowiada mniej więcej 3 USD. Jedyne na co mnie było stać, to sześć świeczek w kształcie palmy za 2 USD. Resztę kwachów zostawiłam sobie na pamiątkę, bo nic w tej cenie nie znalazłam:)
Ok 20 minut przed odlotem zaczęli nas pakować do samolotu. Niestety nie wylecieliśmy na czas, a pilot wyprosił nas z samolotu, z powrotem do hali odlotów, bo wystąpiły jakieś problemy techniczne i nie wie kiedy wylecimy. Na szczęście następną przesiadkę miałam z oczekiwaniem ok 7 godzin, więc jakoś bardzo się tym nie zestresowałam. No chyba w 7 godzin sobie poradzą, nawet mimo to, że to Afryka... Za jakieś 20 -30 minut zaprosili nas z powrotem do samolotu. Ostatecznie w Nairobi wylądowaliśmy z godzinnym opóźnieniem. W Nairobi była dość długa przesiadka, wiec trzeba było się czymś zająć. Jak wspominałam wcześniej lotnisko oferuje godzinę darmowego internetu. Oczywiście wykorzystałam pierwszą godzinę i pomyślałam - a spróbuje jeszcze raz się zalogować - ku mojemu zaskoczeniu udało mi się! Po kolejnej godzinie, już niestety nie wyszło. Nie wiem czy system coś przeoczył czy co, ale warto spróbować się zalogować ponownie, bo może się udać.
W ogóle nie chciało mi się spać, więc łaziłam po sklepach i wydawałam dolary na jakieś drobiazgi. Ostatecznie wydałam tam ok 40 USD.
W Nairobi musiałam się ponownie odprawić, na spokojnie, korzystając z doświadczeń Kamili, podeszłam do miejsca, skąd miał być odlot i tam bardzo sprawnie mnie odprawili. Tak trochę dziwnie tu mają, bo np. dla lotów Kenya Airways mają normalny check in desk dla wszystkich swoich lotów a np. dla Turkish Airlines (i nie tylko) odprawy odbywają się przy bramce skąd odlatuje samolot. Warto wiedzieć, żeby się przypadkiem gdzieś nie spóźnić. Ok 5 rano zapakowali nas do samolotu
lecącego do Istambułu. Ostatecznie wylecieliśmy z opóźnieniem ok 30 minut. Było to dla mnie dość stresujące, bo w Istambule miałam tylko ok 1 h na przesiadkę. Jako, że generalnie lubię sobie wymyślać problemy, całą drogę zastanawiałam się czy zdążę, a jak nie, to co mam zrobić w tej sytuacji... Dodatkowo siedziałam w ostatnim rzędzie w samolocie, a tuż obok mnie matka z małym dzieckiem, na szczęście dziecko było spokojne i nie płakało, uff... Ostatecznie wylądowaliśmy
z ok 10 minutowym opóźnieniem. Kamila pisała mi, że miała trochę problem przy przechodzeniu przez bramki bezpieczeństwa ze względu na duża ilość osób, już sobie wyobrażałam, jak walczę z obsługą lotniska, żeby mnie przepuścili. Z samolotu do do hali przylotów przewieźli nas autobusem, jak dla mnie jechał on strasznie wolno. Przy okazji miałam możliwość zaobserwowania dlaczego walizki z bagażu rejestrowanego czasem giną. Obok nas przejeżdżał samochód z przyczepką na której jechały walizki, później zauważyłam, że jedna z walizek wypadła i leżała sobie na płycie lotniska. Ciekawe, czy jej właściciel otrzymał ją na czas:)
Na lotnisko wbiegłam chyba jako jedna z pierwszych i biegłam do bramek bezpieczeństwa z wizją, że mój samolot do Warszawy odlatuje. Na bramkach byłam druga w kolejce...
Sprawnie przeszłam przez kontrolę, obsługa lotniska już wpuszczała ludzi na mój lot. Na bilecie byłam przypisana do grupy A, ale była już zamknięta, więc udało mi się wejść z grupą C. Z ulgą usiadłam na swoim miejscu w samolocie:) Po przylocie do Warszawy, okazało się że moja walizka też przyleciała. Z urwaną rączką, ale przyleciała:)

Buka w Dolinie Muminków

Tak tak, wiem mam straszne blogowe zaległości, ale nadrobię je, obiecuje sobie przede wszystkim. Tymczasem zrelacjonuje jeden z moich ostatn...