czwartek, 4 lipca 2019

Kto nie ma w głowie to ma w nogach...

... a bieg do samolotu czasem musi być.

O mały włos by do tej wyprawy nie doszło, no może nie aż taki mały...ale gorąco było.

Zwykle w okolicach dłuższego wolnego wszyscy się nawzajem pytają, co będą w tym czasie robić. Miałam w głowie plan, ale niestety jak to czasem bywa z powodu pracy, nie wyszedł. Stwierdziłam więc że pojadę gdziekolwiek gdzie znajdę najtańsze bilety. Ponieważ czasu było mało i kierunki zawężone, padło na najbardziej popularny kierunek ostatnio, czyli północ. Szybko więc kupiłam bilety do Malmö i jeszcze szybciej, bez żadnego konkretnego planu, postanowiłam że zobaczę w końcu Mała Syrenkę w Kopenhadze. I to był jedyny punkt, który na pewno chciałam zobaczyć, resztę postanowiłam odkryć.

Wylot miałam z Gdańska o 9:30 rano, zakupiłam więc bilet na busa do Gdańska, aby zawiózł mnie na sensowną godzinę, abym mogła zdążyć. Zostałam elegancko podwieziona na dworzec, autobus wg planu miał odjeżdżać za jakieś 20 minut. Czekałam sobie więc cierpliwie na autobus i gdy w końcu podjechał, szybko do niego ruszyłam żeby zająć sobie najlepsze miejsce. No i tu czekała mnie niespodzianka, gdyż okazało się, że kupiłam bilet ... na dzień wcześniej! Nie wiem jak to zrobiłam, samej mi się śmiać chciało z tego, ale z drugiej strony szybko musiałam coś kombinować, żeby jednak do tego Gdańska dojechać. Na szczęście był jakiś pociąg, który wg planu dowiózłby mnie na jakieś 40 minut przed odlotem na lotnisko. Do tego dochodził jeszcze czas przy bramkach i poszukiwanie odpowiedniego gate (jak zwykle, tak jak się spodziewałam, mój gate był na samym końcu lotniska). Podsumowując, szansa że zdążę była mała, ale jednak była, wiec czemu nie zaryzykować. W najgorszym wypadku zostałabym sobie do niedzieli nad polskim morzem, w sumie też fajnie. Na szczęście udało się, w ostatniej chwili dobiegłam do gate i udało mi się załadować do autobusu wiozącego ludzi do samolotu. To już kolejny raz kiedy biegłam do samolotu w tym roku, zdarzyło mi się to już w Maroko, tyle że tam nie z mojej winy, ale z nieogarnięcia ludzi na lotnisku. Ostatecznie jednak udało mi się załadować do samolotu i ruszyć na szwedzko - duńską przygodę.

Lot do Malmö z Gdańska trwa ok 40 minut, nie jest więc jakiś mocno uciążliwy. Z lotniska w Malmö do centrum miasta można się dostać między innymi autobusami linii Flygbussarna, są one dość charakterystyczne bo w tęczowym kolorze :)

W Malmöwysiadłam na dworcu centralnym, który znajduje się z jednej strony nad wodą z drugiej bardzo blisko głównego placu w Malmö, zwanego Stortorget z Karl X Gustav staty.


Na początek ruszyłam do centrum miasta, żeby ogólnie dobie obejrzeć co tam jest, i okazało się, że to bardzo fajne, małe, czyste miasteczko. Cudowna odmiana po gorącej zatłoczonej Warszawie, naprawdę można psychicznie odetchnąć. Dużo tam jest parków z fajnymi roślinami i ciekawych pomników. W sumie nie było tam nic konkretnego co mnie zachwyciło, po prostu całość jest niesamowita.





A w tle sentymentalna apteka :) 



Oczywiście nie pamiętam jak się te miejsca nazywały, po prostu biegałam po mieście jak oszalała, kilkukrotne przekraczając dzienny limit kroków narzucony mi przez aplikacje.

Kolejnego dnia wybrałam się do Kopenhagi pociągiem. Jedzie się ok 40 minut i też dojeżdża się do samego centrum miasta. Wg mnie w Kopenhadze jest bardziej jak w Warszawie, tak więc i podobało mi się mniej. Bardzo dużo turystów i tak jakoś mniej klimatycznie. Jest oczywiście dużo zabytków do obejrzenia i naprawdę duże wrażenie zrobiło na mnie miejsce niedaleko Małej Syrenki, czyli tu:


Nie wiem jak to się oficjalnie nazywa, ale bardzo fajne miejsce. Np. takie ciekawe rzeczy tam są:





Oczywiście spełniłam też swoje marzenie, czyli spotkałam się z Małą Syrenką ;)

Den Lille Havfrue och Lilla Slyna 

Oczywiście, przez Kopenhagę też biegałam jak opętana, by zobaczyć jak najwięcej. Trafiłam nawet do jednego "parku" gdzie ludzie sobie spokojnie jeździli rowerem i biegali. Ale im głębiej w park tym więcej grobów, i okazało się że to ... cmentarz! Wyobrażacie sobie kogoś biegającego w skąpym ubraniu np. po Powązkach? Może będę pierwsza :)






Kopenhaga jednak dość mnie zmęczyła właśnie tym nadmiarem ludzi, więc po półtora dnia wróciłam do Malmö, bo tam jakoś lepiej :)

Ostatniego dnia miałam jeszcze okazję spotkać moją koleżankę Asię, która mieszka w Malmö i w okolicach już chyba z 10 lat. Wybrałyśmy się razem na plażę, powspominałyśmy, powymieniałyśmy się niusami itp. Po spotkaniu bez większych już problemów wróciłam do Gdańska, a potem do Warszawy.

Bardzo miło będę wspominać ten wyjazd, bo tak naprawdę to nieważne gdzie jesteś, to zawsze inni ludzie pozostawiają w tobie najlepsze wspomnienia :)

Podsumowując, kilka faktów i moich przemyśleń po tym wyjeździe:
- w języku szwedzkim o wiele łatwiej jest wyłapać poszczególne słowa, które wypowiadają, w duńskim wszystko brzmi jak taki potok bez przystanków,
- w Malmö nie można kupić Surströmming, czyli kiszonych śledzi w sklepach, podobno trzeba specjalnie zamawiać przez internet, za to można kupić inne ciekawe rzeczy, których nie ma w Polsce,
- w Szwecji bardzo popularny jest tzw. snus czyli taka trochę alternatywa dla papierosów, trujesz tylko siebie, a nie innych, na dodatek nawet dobrze pachnie, sprawdza się obecnie jako odświeżacz do szafy,
- w Kopenhadze w pokoju koedukacyjnym na 8 osób byłam jedyna płcią żeńska, mimo to ciężko mi było wygrać walkę o zainteresowanie któregokolwiek ze współlokatorów z ich telefonem, cóż takie czasy, albo ja za bardzo skandynawska,
- kupowanie tabletek na zatwardzenie nadal pozostaje najbardziej żenującą rzeczą jaką można zrobić w aptece,
- ludzie są tu bardzo mili i zawsze uśmiechnięci, i chyba z ogóle tacy sczilowani, a jak próbujesz coś powiedzieć w ich języku to już w ogóle się strasznie cieszą,
Mam jeszcze dwie refleksje polityczne, ale ponieważ jest to miejsce apolityczne zachowam je dla siebie. "Welcome to Sweden" zastępuję "Sweden, I believe in you".
Na koniec taka ciekawostka, akurat trafiłam tam na czas tzw. Midsommar, którego symbolem zdaje się jest tzw. Słup Majowy, który wygląda mniej więcej tak:

niedziela, 26 maja 2019

Cele indywidualne a cele grupowe czyli jak (nie)zdobywać Tubkala

Zdobywać szczyty coraz wyższe to jedno z moich wielu marzeń. Kocham górskie wędrówki i mam apetyt żeby wchodzić wyżej i wyżej. Dlatego też zdecydowałam się zdobyć swój pierwszy czterotysięcznik na nogach. Miałam już wcześniej okazje być na takiej wysokości ale niestety przejazdem, więc to się nie liczyło :) Teraz chciałam tam po prostu wejść...
Jako pierwszą górkę postanowiłam zdobyć jedną z najłatwiejszych podobno górek czyli Jebel Toubkal w Marocco. Postanowiłam się wybrać tam z jednym klubem podróżników, bo to zawsze łatwiej wtedy zorganizować. Wejście na Toubkal miało być punktem kulminacyjnym 7 dniowej wycieczki po Maroko. Nietrudno jednak się domyślić ze mnie interesował tylko Toubkal a reszta to tylko miły dodatek :) Np. ślimaczki, mniam!

Cała wycieczkę rozpoczęliśmy bardzo wczesnym wyjazdem z Markaeszu do Imlil, odległego ok 2 h samochodem. Imlil znajduje się na wysokości ok 1 800 mnpm. Tam wynajęliśmy kijki i ruszyliśmy w drogę. Niestety z powodu braków zasobowych dostały mi się dwa różne kijki, ale co tam, działały i to jest najważniejsze:). Pierwszego dnia mieliśmy do przebycia drogę do schroniska Refuge du Toubkal, które znajduje się na wysokości ok 3200 mnpm. Po drodze z Imlil do schroniska znajdują się trzy punkty kontrolne, gdzie sprawdzają paszporty. Kontrole te zaczęły się po tym jak w grudniu 2018 roku zamordowano tam dwie dziewczyny ze Skandynawii (z Danii i Norwegii), które podobno sobie gdzieś na dziko nocowały. Jak kogoś interesuje ten temat to więcej jest np. tu: https://en.wikipedia.org/wiki/Murders_of_Louisa_Vesterager_Jespersen_and_Maren_Ueland
Niestety chyba nie do końca te kontrole są sprawne bo mi się udało przejść obok jednej z nich niezauważonym. W ogóle wydają mi się one trochę bezsensowne, bo i tak jak ktoś będzie chciał to sobie poradzi, zwłaszcza idąc w większej grupie. Poniżej okolice pierwszej kontroli, właśnie tam gdzie mnie nie zauważono:


Z Imlil do Schroniska można się dostać na osiołku. Z całej naszej grupy, tylko jedna osoba zdecydowała się wjechać tam właśnie tym sposobem. Ponieważ całkiem sprawnie się poruszali towarzyszyłam im idąc obok, ad do miejsca zwanego "Białym kamieniem" gdzie miała miejsce druga kontrola. Cały czas towarzyszyły nam piękne widoki gór jak np. takie:


Po drugiej kontroli (gdzie odnotowano mnie po raz pierwszy)oraz posiłku ruszyliśmy dalej w drogę. Niestety był przymus żeby iść za przewodnikiem, który do najszybszych nie należał. Dodatkowo część grupy coraz robiła sobie postoje (chyba nawet było więcej postojów niż iścia). Dla niektórych było to trochę irytujące a dla mnie nawet bardzo bo ja jestem przyzwyczajona do zapie********, wiec trochę się męczyłam. Mus to mus, co zrobisz jak nic nie zrobisz. Możesz tylko robić zdjęcia, albo mogą zrobić tobie:

I tak powoli dotarliśmy do trzeciego punktu kontroli, gdzie poczęstowali nas orzechami włoskimi. Po tym punkcie przewodnik pozwolił tym którzy chcą żeby szli swoim tempem do schroniska. I na ten moment czekałam, próbowałam dogonić tą osobę, która jechała na osiołku, ale niestety minimalnie przegrałam, także byłam pod schroniskiem jako druga z naszej grupy :)

W schronisku mieliśmy nocować aby kolejnego dnia z rana zaatakować szczyt. Chociaż w sumie miałam jeszcze tyle energii, że dałabym rade tego samego dnia, ale cóż trzeba się dostosować do grupy. w schronisku wypożyczyliśmy raki, bo mimo że to Afryka to w górach jest śnieg. Może nie były to najlepszej jakości raki, ale założyć się dały więc było ok.
Kolejnego dnia ok godziny 4:30 wyruszyliśmy ze schroniska żeby dotrzeć na szczyt. Było jeszcze ciemno więc trzeba było mieć czołówkę, ale nawet w miarę ciepło więc jak dla mnie warunki w sam raz. Niestety znowu zaczęły się problemy z częścią grupy która co raz robiła postoje bo a to komuś spadł rak, a to ktoś się źle poczuł. No zdarza się, niestety podczas takich postojów poczułam, że jednak wcale nie jest tak ciepło, albo po prostu byliśmy coraz wyżej stąd bardziej odczuwałam zimno. Po pewnym czasie zaczęło się robić jasno i zaczął wyłaniać się piękny widok gór:


Z każdą chwila było coraz jaśniej i coraz piękniej. Z czasem też zaczęłam odczuwać zmianę wysokości, gdyż coraz trudniej było mi złapać oddech. A to przecież niemożliwe że straciłam kondycję w kilka minut :)

Ostatni prosta na Toubkal jest banalna do wykonania, przestała mi też przeszkadzać utrata oddechu, sama końcówka trasy ma już nieznaczne wzniesienia więc zmiana wysokości nie jest aż tak gwałtowna. W końcu dotarłam na szczyt, wg wskazań na telefonie była ok 8:30, a widoki imponujące:




Po zdobyciu szczytu zeszliśmy do schroniska a następnie z powrotem do Imlil. Część osób zdecydowała się na powrót osiołkiem ze schroniska. W drodze powrotnej Atlas pogroził nam burzą, na szczęście nic się nikomu nie stało i tylko trochę przemoknięci wróciliśmy do Markaeszu skąd następnego dnia wracaliśmy do Polski (ja wracam przez Pragę co prawda, ale też docelowo do Polski :)) Po drodze spotkaliśmy bardzo sympatyczne stado kóz, przesłodkie kluski:


Niestety spotkałam się z falą hejtu za to w jaki sposób zdobyłam ten szczyt. Dla mnie jednak liczy się to, że weszłam tam na swój sposób. Jak jestem w górach to chce żeby to była dla mnie przyjemność a nie stres związany z tym co ludzie pomyślą. Dużo miłości życzę wszystkim ja i wielbłąd Olek 💜

niedziela, 17 marca 2019

Wyspa Afrodyty

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w podróży ...

Pewnego zimowego dnia, albo wieczora wpadłyśmy z koleżanką, z którą znam się od ponad 10 lat, na pomysł żeby w końcu gdzieś się razem wybrać. Dla obu z nas podróże to pasja, wiec dziw bierze, że do tej pory nie udało nam się jeszcze nigdzie razem wyjechać. Trzeba było wiec nadrobić ten haniebny brak i w końcu gdzieś się razem wybrać. Ponieważ obie sporo podróżujemy, mało jest miejsc gdzie jeszcze żadna z nas nie była, ale wciąż takie są i tak oto zdecydowałyśmy się na wyjazd na Cypr.
Podróż zaplanowałyśmy na trzy dni. Cypr nie jest jakiś wielki (podobno wielkości województwa opolskiego) więc zdecydowałyśmy się wynająć samochód i po prostu pojeździć z miejsca na miejsce, aby zobaczyć jak najwięcej w tak krótkim czasie. W zaplanowaniu podróży bardzo pomógł nam czyjś blog podróżniczy, własnie opisujący co można zwiedzić w trzy dni na Cyprze.
Samolot miałyśmy z Okęcia ok 16 po południu w piątek, lot zajął nam ok 4 h i po 20 byłyśmy już na miejscu. Na lotnisku od razu odebrałyśmy wypożyczony samochód i ruszyłyśmy z lotniska do Larnaki, aby tam przenocować. Na Cyprze jest ruch lewostronny, ale koleżanka to mistrz kierownicy i nie straszne jej było to, że jedzie po złej stronie drogi. Niestety, ja nie jeżdżę, wiec musiałam polegać na jej umiejętnościach i prawdą jest, że poradziła sobie wyśmienicie :) W Larnace wybrałyśmy się na późną kolację i krótki spacer nad morze. UWAGA na Cyprze są też gniazdka typu angielskiego. Na szczęście skojarzyłam że lewostronny ruch to pewnie też trzeba przejściówkę wziąć, co uratowało nas przez stratą kontaktu ze światem :)
Kolejnego dnia z rana wyruszyłyśmy z Larnaki na zachód wyspy szlakiem miejsc polecanych we wspomnianym wyżej blogu. Jako pierwsza Governors Beach - podobno piękna, jak dla mnie przeciętna, ale zobaczyć można.
Potem zatrzymałyśmy się chwilę w Limassol ponieważ chciałam zobaczyć biuro mojej firmy, które się tam mieści. Niestety chyba GPS szwankował bo nie udało mi się tego miejsca znaleźć, ale byłam na ulicy gdzie teoretycznie powinno to biuro się znajdować :) Z Limassol wyruszyłyśmy do kompleksu archeologicznego Kourion, gdzie na pewno odnajdą się ludzie którzy lubią takie miejsca. Jak dla mnie, po prostu fajnie było to zobaczyć.
Potem wyruszyłyśmy w kierunku jednego z ciekawszych miejsc na Cyprze, czyli miejsca narodzin Afrodyty. Miejsce fajne, ale bardzo dużo było tam (nawet na tą porę) turystów. Dla mnie super sprawą było to, że mogłam sobie wejść na skałę i obejrzeć całość z góry.
Po obejrzeniu skały przeniosłyśmy się do Paphos, aby tam przenocować. Ale zanim sen, trzeba było coś zjeść, wiec wybrałyśmy się do jednej z nielicznych otwartych o tej porze roku restauracji. Okazało się, że był to rodzinny biznes, czyli mała knajpka gdzie bardzo miło nas potraktowano i miałyśmy okazję zasmakować cypryjskiej gościnności tj.
- było mi zimno więc na początku siedziałam w czapce - panie przyniosły mi grzejniczek gazowy żebym mogła się rozgrzać,
- dostałyśmy gratis ciastko czekoladowe,
- wypiłyśmy butelkę wina za 3/4 ceny z menu,
- dostałyśmy foldery reklamowe i mapę Paphos,
- pojadłyśmy musake.
Po kolacji wybrałyśmy się jeszcze na spacer, z którego ze względu na problemy techniczne wróciłyśmy komunikacją miejską (cena jednorazowego biletu autobusowego w Paphos to 1,5 EUR)
Kolejnego dnia z rana wybrałyśmy się w dwa, wg mnie, najciekawsze miejsca na Cyprze.
Na początek pojechałyśmy zobaczyć wrak statku EDRO III, który podobno stoi tam od grudnia 2011 roku. Naprawdę robi wrażenie i z bliska i z daleka i warto go zobaczyć.
Po wizycie na ERDO pojechałyśmy zobaczyć wąwóz Avakas. Miałyśmy trochę problemy z dojazdem tam, gdyż podobno ulewne deszcze zniszczyły drogę, ale koleżanka ponownie udowodniła, że jest mistrzem kierownicy i takie rzeczy jej nie straszne. Przy okazji naszego błądzenia, udało nam się trafić na bardzo uroczy kościółek, który na tle pochmurnego nieba prezentował się spektakularnie.
Droga do wąwozu okazała się zamknięta, ale turyści i tak tam szli wiec poszłyśmy i my. Już na samym wejściu trzeba było przejść przez strumyk i nie dało się tego zrobić inaczej niż boso lub mocząc sobie buty. Potem kawałek idzie się ścieżką, natomiast sam wąwóz o tej porze roku (tj. luty) najlepiej przejść na boso bo jest tam dużo wody, można ewentualnie zaopatrzyć się w specjalne buty. Chyba, że ktoś chce poświęcić swoje regularne buty, to już jest to jego wybór. Ja zdecydowałam się na bosą wycieczkę, chociaż ten kto mnie zna wie jak nienawidzę chodzić boso po kamieniach w zimnej wodzie. Udało się jednak, nawet za bardzo nie krzyczałam :) Naprawdę polecam taki spacer.

Po Avakas zdecydowałyśmy pojechać w góry Troodos, żeby zobaczyć Olimp. Niestety, ku mojemu niezadowoleniu tuż po wyjeździe z Paphos okazało się że oderwał nam się przedni błotnik w lewym kole i zahacza o koło. Wywoływało to niezbyt przyjemne dźwięki i nie wiadomo czy nie doprowadziło by do gorszych uszkodzeń. Koleżanka wezwała więc pomoc z firmy od której wynajmowałyśmy auto, żeby nam to naprawili. Niestety, nie miałyśmy narzędzi żeby to naprawić, a rozwiązanie "na plaster" (dosłownie) nie dało pożądanego rezultatu. Pomoc okazała się bardzo czasowa, gdyż jak obiecali ze będą w 30 minut to tak właśnie dojechali. Pan z pomocy okazał się bardzo sympatycznym Rumunem i bardzo chętnie wzięłybyśmy go dalej ze sobą :). Przez tą nieoczekiwaną naprawę miałyśmy ok godziny opóźnienia i mimo starań nie udało nam się dotrzeć do Troodos przez zmrokiem. Pozostało nam więc uczucie, że jesteśmy w górach, nie widząc ich.
Z Troodos ruszyłyśmy na drugi koniec Cypru tj, do Ayia Napa, gdzie miałyśmy nasz ostatni nocleg. Niestety potwierdziło się po raz kolejny, że luty to nie jest turystyczny miesiąc, większość restauracji jest zamknięta, wiec musiałyśmy się zadowolić kuchnią wschodnią (tj, chińczykiem). Byłam jednak tak głodna, że było mi bardzo wszystko jedno.
Ostatniego dnia zwiedziłyśmy jeszcze Most Miłości, który pięknie prezentował się na tle turkusowego morza, co ciekawe, mimo, że jest to naturalna formacja to i tam znalazło się miejsce aby zakochani mogli przypinać swoje kłódki. Zawsze mnie wtedy zastanawia i le taki par faktycznie przetrwało :).
Potem podjechałyśmy do jaskini na Cape Greco gdzie przeszkadzałyśmy w sesji pewniej pary młodej :) Niestety para młoda nie załapała się na zdjęcie...

W drodze do Larnaki zahaczyłyśmy jeszcze na obiad aby zjeść w końcu polecane Meze. Niestety okazało się, że jest to tak duże danie, że jeszcze przydałoby się co najmniej dwóch chłopów żeby to zjeść. No cóż, ale to co się udało zjeść było baaaardzo pyszne. Po powrocie do Larnaki dotarłyśmy do lotniska, gdzie zwróciłyśmy samochód i ok 23 byłyśmy z powrotem w Polsce.
Luty jest bardzo dobrym czasem na zwiedzanie Cypru, jeśli ktoś chce to robić aktywnie (tzn. nie tylko leżąc na plaży).  Pogoda jest bardzo ładna, świeci słońce, temperatura jest w okolicach 10-18 stopni (zależnie od pory dnia). Podsumowując, polecam taką wycieczkę :)

wtorek, 1 stycznia 2019

Irlandia - Isle of Emerald

Korzystając z ostatnich dni urlopu, postanowiłam wykorzystać przerwę świąteczno-noworoczną na "zaliczenie" kolejnego kraju. Po szybkim przeglądzie tanich lotów w tym okres, wybór padł na naszą kolonie zamorska, czyli zieloną Irlandię.
Wylot zaplanowałam zaraz po świętach, czyli 27 grudnia, powrót na 31 grudnia (chciałam jednak powitać nowy rok w Polsce). Lot oczywiście liniami Ryanair z Modlina, no bo nie mogłoby być inaczej :) W dniu wylotu w Polsce było dość zimno (ok. 4 stopni) i zastanawiałam się czy nie wzięłam za mało ubrań. Z drugiej strony prognozy pokazywały w Irlandii nawet do 12 stopni, wiec jednak nastawiałam się pozytywnie. I było to właściwe podejście, bo faktycznie po wyjściu z samolotu w Dublinie okazało się, że w Irlandii panowała pogodna mniej więcej taka jak w Polsce pod koniec października, czyli było naprawdę znośnie i przede wszystkim nie padał deszcz!
Z lotniska do centrum  miasta przyjechałam autobusem Airlink Express za 12 EUR przejazd w obie strony. Samo lotnisko jest dość blisko centrum miasta (ok 12 km), przejazd wiec trwał ok 15-20 minut. Ponieważ było już dość późno, tego dnia zdążyłam zrobić tylko szybką przebieżkę po centrum miasta, aby odnaleźć dworzec autobusowy, z którego kolejnego dnia miałam wyjeżdżać do Killarney. Z hostelu gdzie się zatrzymałam było to ok. 40 minut spaceru w jedną stronę. Człowiek z recepcji był bardzo zdziwiony, że chciało mi się tam iść piechotą bo to przecież taaak daleko. Dziwny jakiś :)
Liffey Bridge na rzece Liffey
Kolejnego dnia wcześnie rano miałam autobus do Killarney przez Cork. Jechałam liniami autobusowymi Eireann - co ciekawe linie te działają trochę jaki komunikacja miejsca w miastach, tzn. możesz kupić bilet na konkretny dzień ale nie na konkretną godzinę, stąd też jeżeli jest komplet to możesz po prostu się na daną trasę nie zmieścić w autobusie. Na szczęście, nie ma z tym problemów i udało mi się bezproblemowo wejść do autobusu za każdym razem :) Ludzie grzecznie stoją w kolejce do autobusu a nie pchają się jak to ma miejsce w Polsce, także tu bardzo duży plus dla nich. Przejazd zajął ok 6 h. To co najbardziej rzuciło mi się w oczy podczas podróży to to że Irlania jest naprawdę zielona i to tak bardzo bardzo:)
Fortepian na dworcu Heuston w Dublinie
Miasto Killarney leży w pobliżu parku narodowego o takiej samej nazwie. Ok 18 km od miasta położy jest najwyższy szczyt Irlandii, czyli Carrantuohill. Oczywiście nie byłabym sobą żeby nie pokusić się o wejście tam, dlatego też pierwszą rzecz jaką robiłam to udałam się do informacji turystycznej, aby dowiedzieć się jak tam się dostać. Jedna z tras jaką można wejść na szczyt zaczyna się w punkcie Cronin's Yard, czyli bazy kempingowej skąd można explorować góry. Niestety o tej porze roku nie jeździ tam żadna komunikacja miejska, można się tam dostać albo o własnych nogach, taksówką lub łapiąc stopa. Przejazd taksówką kosztuje ok 25 EUR w jedną stronę, o tej porze roku było tam wielu turystów, wiec łapanie stopa też jest wykonalne :) O tej porze roku jasno zaczyna robić się dopiero po 8 rano a zmrok zapada pomiędzy 16 a 17, wiec dzień jest dość krótki.
Widok na Killarney National Park
Początek trasy z Cronin's Yard jest dość łatwy, trudności zaczynają się na Devil's Ladder, jest to dość strome podejście, często po mokrych od potoku śliskich kamieniach. Podejście to było dość dobrze osłonięte od wiatru, ale po wyjściu na przełęcz okazało się że pogoda nie jest wcale taka fajna, nagle zaczęło bardzo wiać i padać deszcz. Wiatr był na tyle mocny, że chwilami miałam problem z utrzymaniem równowagi. Poza tym była dość mocna mgła, tak wiec widoków spektakularnych nie widziałam. Po pewnym czasie we mgle wyłonił się krzyż, który stoi na szczycie.

Droga na Carratuohill i z powrotem z Cronin's Yard podobno zajmuje ok 4-6 h, ja zrobiłam to w 4,5 h wiec chyba nie jest tak źle. Po zejściu ze szczytu i powrocie do Killarney, pochodziłam jeszcze trochę w okolicach jeziora Lough Leane.
Ross Castle w Killarney
Kolejnego dnia wracałam już z powrotem do Dublina, aby jeszcze go trochę poeksplorować. Ostatni nocleg miałam w hostelu Gardiner House który powstał w miejscu dawnej kaplicy. Przed wejściem do pokoju można było skorzystać z czegoś takiego (niestety nie wiem jaka jest profesjonalna nazwa, ale wiadomo o co chodzi :)

Na koniec jeszcze takie ciekawe przesłanie z Dublina :)

niedziela, 20 maja 2018

Wyprawa na Hel - edycja zimowa


Po powodzeniu letniej wyprawy na Hel, wpadłam na pomysł żeby zrobić również edycję zimową. Jakiś czas się do tego zbierałam, myślałam że już zastanie mnie wiosna, jednak udało się plan zrealizować w pierwszy weekend marca. Był to tez prawdopodobnie ostatni weekend gdy nad morzem panowały ujemne temperatury, tak więc warunki zimowe as hel :)
Niestety, w sezonie zimowym nie kursują pociągi nocne bezpośrednie na Hel, więc trzeba było trochę zmienić strategię letnią i dostosować ją do możliwości jakie daje nam PKP. Najrozsądniejszą opcją okazał się dojazd w sobotni poranek z przesiadką do busa w Gdyni. Pociąg wyruszył o 6:05 z Warszawy Zachodniej i dojechał na Gdynię Główną ok 9:30. W przeciągu ok 15-20 minut odjeżdżał busik do Władysława, tak wiec ok. 10:30 dotarliśmy na plażę we Władysławowie i ruszyliśmy w stronę Helu. Ze względu na późną porę wyjścia, trzeba było cała wyprawę podzielić na dwie części, dlatego też na sobotę zaplanowana była trasa Władek - Jastarnia. Na początku pogoda była bardzo ładna i świeciło słońce. Wkrótce jednak słońce zakryły chmury i zaczął padać śnieg. Mimo to, po plaży szło się naprawdę przyzwoicie, piach był twardawy, co bardzo ułatwiało iście po nim. Wiatr nie był bardzo uciążliwy, trochę wiał ale nie przeszkadzał wcale, co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Spodziewałam się jakiegoś sztormu i mroźnych podmuchów, a tu okazało się być całkiem przyjemnie.

Po pewnym czasie przestało padać i na zmianę wychodziło słońce i chmurzyło się. W sumie do końca dnia była podobna pogoda, bez żadnych niespodzianek. Po plaży chodziło trochę ludzi, głównie z psami lub sportowcy a także morsy. Ok godziny 16 dotarliśmy do Jastarni. Trochę żałowałam że już kończymy spacer na ten dzień, gdyż nie byłam aż tak bardzo zmęczona i pewnie jeszcze trochę bym pociągnęła. Mieliśmy jednak nocleg zamówiony w Jastarni (i opłacony) wiec już tam się zatrzymaliśmy. Trochę pozwiedzaliśmy tą miejscowość, która była dość pusta, jak to poza sezonem. Widzieliśmy nawet kilka popisów artystycznych miejscowej ludności.
Lokalna sztuka Jastarni

Kolejny dzień rozpoczęliśmy około godziny 9. Pociąg powrotny do Warszawy mieliśmy z Helu o 13 tak wiec 4 godziny i ok 15 km do przejścia. Jak najbardziej wykonalne :)
Pogoda tego dnia była dość stabilna, bez opadów, ale też bez nadmiernego słońca - tak w sam raz.

Około godziny 12:30 doszliśmy do cypla i uwieczniliśmy tę chwilę fotką. W okolicach cypla było sporo ludzi, chyba to popularne miejsce na niedzielne spacery :) Udało się jednak zrobić fotkę bez nich :)


Przed odjazdem odwiedziliśmy jeszcze miejscowe fokarium, gdzie zaadoptowałam małą pluszową foczkę, po czym udaliśmy się na stację kolejową. Do Warszawy wróciliśmy chwilę przed 20, oczywiście jadąc z przesiadką w Gdyni.



Buka w Dolinie Muminków

Tak tak, wiem mam straszne blogowe zaległości, ale nadrobię je, obiecuje sobie przede wszystkim. Tymczasem zrelacjonuje jeden z moich ostatn...