piątek, 11 września 2020

Koronowe opowieści

Ostatnio najpopularniejszym słowem na świecie jest słowo "korona". Chyba nie ma dnia żeby nie padło ono w jakimkolwiek kontekście. Z tego powodu ja również zdecydowałam się trochę o koronie poopowiadać. Tak wiec kontekst mojej korony to tzw. Korona Gór Polskich :)

W góry regularnie jeżdżę od 10 lat, nie ma roku żebym chociaż raz nie pojechała w jakiekolwiek góry, czy to w Polsce czy na świecie. Na początku byłam dość nieświadomym turystą górskim, a to z tego powodu że zwykle jeździłam z kimś kto ustalał trasę i w ogóle się nie zastanawiałam gdzie idę, byle iść. W pewnym momencie około 2015 roku pomyślałam czy jakoś nie usystematyzować swoich wizyt w polskich górach i natknęłam się na listę najwyższych gór w każdym paśmie górskim w Polsce. Okazało się że na moment decyzji aby zdobyć koronę gór polskich miałam już na koncie zaliczonych kilka szczytów, także wystarczyło kontynuować temat. Korzystając z listy dostępnej na Wikipedii odhaczam więc systematycznie kolejne szczyty, w tym momencie mam zaliczone 19 na 28 szczytów i idę dalej :) 

Postanowiłam w tym miejscu zebrać w porządku chronologicznym kolejno zdobywane szczyty. Będę ją aktualizować o kolejne sukcesy :)

1. Babia Góra (30.04.2012) - pierwszy z listy, ludzie czasami pytają mnie którą droga tam weszłam bo są chyba trzy a ja niestety nie wiem, weszłam to weszłam.

2. Śnieżka (28.07.2012) - ten szczyt zdobyłam nawet dwa razy, ale to ten pierwszy jest najważniejszy. Zdjęcia niestety nie mam ładnego, bo miałam wtedy niezwykle uzasadnionego focha i nie było mi do śmiechu. Z tego wyjazdu pamiętam też to że zgubiłam swoją żółtą czapeczkę

3. Rysy (25.07.2013) - atak od strony polskiej ze schroniska nad Morskim Okiem. Podczas tego wyjazdu uratowałam jakiegoś chłopaka przed odwodnieniem a jakieś dwie laski zawróciły przeze mnie z nad Czarnego Stawu jak im powiedziałam jak jeszcze jest daleko na szczyt. Dlatego takiego pytania nie powinno się zadawać :)

4. Łysica (14.09.2013) - ten szczyt zdobyłam w trampkach a wyjazd połączony był imprezą w Krakowie - ehh fajne czasy :)

5. Radziejowa (10.11.2013) - niewiele pamiętam z tego wyjazdu poza mlekiem zmieszanym z Soplicą Orzechową. Ależ się kiedyś miało zdrowie...

6. Wysoka (07.03.2015) - szczyt zdobyty dzień przed moimi urodzinami, to był czas gdy ciałem byłam jeszcze w Polsce a myślami w Manchesterze. Nie jestem pewna ale chyba właśnie na te urodziny dostałam najbardziej trafiony prezent w moim życiu czyli moje kostury

7. Wysoka Kopa (31.10.2015) - oj była bardzo wysoka, pamiętam tylko to że była ładna pogoda :)

8. Turbacz (10.09.2016) - nic szczególnego, idę idę i o góra!

9. Czupel (08.10.2016) - jak wyżej

10. Skrzyczne (15.10.2016) - szczyt zdobyty z moją best friend, która od tamtej pory nie chce ze mną pojechać nigdzie po raz kolejny :( ciekawe czy ona jest w stanie powiedzieć którą drogą weszła :)

11. Chełmiec (22.10.2016) - ten szczyt zdobyłam po tym jak urwałam się z imprezy firmowej w Łodzi

12. Waligóra (23.10.2016) - ten sam wyjazd co Chełmiec, pamiętam jeszcze nocleg w hotelu gdzie była kiedyś kopalnia i ciekawe rulezy w jakimś miejscu gdzie był kolejny nocleg :)


13. Tarnica (11.11.2016) - żadne zdjęcie nie przetrwało, szczyt zdobyty w warunkach zimowych, pewnie dlatego. Kojarzy mi się ten wyjazd z ciałem Chrystusa i liczeniem kalorii, jakieś szaleństwo!

14. Kowadło (19.09.2018)

15. Rudawiec (20.09.2018)

16. Śnieżnik (20.09.2018)

17. Jagodna (22.09.2018) - cztery szczyty w cztery dni, wszystko na piechotę, paznokcie mi zeszły i przez rok ich nie miałam

18. Orlica (06.10.2018) - na Orlice bardzo ciężko jest trafić bo oznaczenie jest ukryte w krzakach, jacyś turyści przede mną w ogóle zrezygnowali z poszukiwań. Ja się nie poddałam i fociaka mam!

19. Mogielica (05.09.2020) - najnowszy mój nabytek, historyczny bo zdobyty w czasach korony. 30 kilometrów jednego dnia z dołu w górę i na powrót, pozdzierane spody stóp i nielegalne przejście zamkniętym niebieskim szlakiem. Pogoda piękna, widoki piękne, fajni ludzie na szlaku, wolność od maseczki, tylko się cieszyć i planować kolejny wyjazd :)


Pozostałe 9 szczytów to jakieś malutkie pagóreczki ale zdobyć tez trzeba żeby ogłosić zaliczenie całej korony :) Wcale się nie zdziwię jak przy każdej z nich będzie komentarz jak w pkt. 8. Tymczasem!

niedziela, 12 stycznia 2020

Dinger och saker

Na fali mojej ostatniej fascynacji Szwecją oraz zachęcona tanimi lotami (19 zł w jedną stronę!) postanowiłam w przerwie świąteczno - noworocznej właśnie tam się wybrać. Tym razem trochę bardziej na północ, ale wciąż nie taką daleką północ. Lot miałam z Gdańska do Göteborga a powrót z Malmö do Warszawy w Nowy Rok. W związku z tym miałam trochę czasu i możliwości żeby pojeździć po kraju a nie spędzić cały ten czas w jednym miejscu. Zdecydowałam więc odwiedzić trzy miasta Göteborg, Jönköping i Helsingborg.

Göteborg
Do Göteborga przyleciałam późnym wieczorem 27 grudnia (oczywiście lot musiał być opóźniony :) i od razu udałam się do hostelu, który był oddalony od centrum miasta o ponad 2 kilometry (oczywiście cięcie kosztów:) Hostel był po prostu niesamowity i to niestety w tym negatywnym sensie. Po pierwsze organizacja totalnie niezorganizowana tj. jak przybyłam do hostelu to dopiero zaczęło się organizowanie łóżka dla mnie. Miałam mieć nocleg w pokoju 6 osobowym z kobietami, ale niestety w pokoju tym było tylko 5 łóżek i do tego zajętych. Tak więc personel hostelu na szybko zorganizował jakieś dodatkowe łóżko. Plus był taki ze dali mi świeżą pościel (tak to zdanie ma tu znaczenie:) Rano kiedy zrobiło się jasno okazało się że część łóżek jednak była wolna, natomiast na łóżkach tych leżała zużyta pościel a na stoliku w kubku jakaś dziwna substancja.


Miałam trzy noclegi w tym hostelu i postanowiłam obserwować ową dziwną substancję kiedy w końcu wyjdzie z tego kubka, a po drugie czy w ogóle ktoś posprząta ten pokój. Przez trzy dni nic się nie zmieniło, tylko substancja zaczęła zmieniać kolor. Ostatniej nocy do naszego pokoju dołączyła jakaś nowa dziewczyna, która przybyła jakoś późno w nocy. Oczywiście nie dostała nowej pościeli tylko położyła się w jedno z tych zużytych łóżek, ciekawe jakie miała wrażenia jak rano wstała a obok stoi kubek z dziwną substancją :)
Dodatkowo w pokoju była lodówka która chyba nigdy nie była myta albo coś w niej zakończyło żywot dawno temu, za każdym razem gdy się ją otwierało trzeba było porządnie wietrzyć pokój.


Oczywiście, hostel to nie jedyne moje wspomnienie z Göteborga. Samo miasto wydało mi się typowe dla miast skandynawskich, bardzo dużo przestrzeni, wody i parków. Szczególnie podobały mi się parki.
Park Keillers znajduje się po północnej stronie rzeki Göta älv, w parku znajduje się dużo górek na które można wejść i popatrzeć na miasto z góry.  Chociaż tam nie było najładniejszego widoku na miasto, to można było zobaczyć inne ciekawe rzeczy jak np. ten pomnik:


Jak widać na złączonym obrazku pogoda typowo jesienna i ani grama śniegu.
Slottskogen to z kolei park po południowej stronie rzeki. W środku tego parku znajduje się miejsce gdzie można oglądać różne zwierzęta. Mi się udało zobaczyć kilka z nich, w tym między innymi moje ulubione owce :)

Wracając z Slottskogen natknęłam się na jakąś górkę, która na mapie oznaczona jest jako Skansen Kronan i tam znalazłam najlepszy widok na miasto jaki widziałam w tej edycji. Oto on:


W Göteborgu miałam też możliwość przejechania się szwedzkim tramwajem. Nie różnił się ona znacząco od tych w Polsce, może poza tym że tam przystanki są na żądanie wiec jak nie klikniesz guziczka to możesz jeździć i jeździć.


Wieczorny widok rzeki Göta älv:


Jönköping
Następnym miastem jakie postanowiłam odwiedzić było oddalone o ok. 140 km Jönköping. Droga autobusem zajmuje niecałe 2 godziny, ja akurat jechałam autobusem Bus4You, który działa podobnie jak Flixbus. Byłam z siebie dumna bo nawet zrozumiałam co kierowca do mnie powiedział ... po szwedzku :)
Jönköping szczególnie zainteresowało mnie ze względu na znajdujące się tam muzeum zapałek. Niestety, znowu mam nauczkę żeby sprawdzać wszystko wcześniej bo okazało się ze akurat w okresie  świąteczno - noworocznym jest ono zamknięte, ale co tam, popatrzyłam sobie na nie z zewnątrz :)

Przy tej okazji przypomniało mi się przykre przeżycie z czasów szkoły podstawowej, kiedy to moja nauczycielka od geografii wyśmiała mnie jak napisałam że w Szwecji produkuje się zapałki. Hmm... ktoś tu się chyba nie douczył.
Oczywiście nie mogłam ominąć jakiegoś parku wiec i tu odwiedziłam jeden tj. Stadspark, gdzie znalazłam całkiem fajny widok na miasto:

Niecałe 6 km od Jönköping znajduje się inne znane miasto szwedzkie, a mianowicie Huskvarna. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym go nie odwiedziła, więc wybrałam się tam piechotą wzdłuż brzegu Jeziora Vättern (drugiego co do wielkości jeziora w Szwecji). Spacer był bardzo przyjemny i widoki całkiem miłe:



Sama Huskvarna jakaś super nie była (przynajmniej mi się najmniej podobała z tego co do tej pory w Szwecji widziałam) ale widziałam fabrykę Husqvarny i fabrykę - muzeum, tyle mi wystarczy :)


Po powrocie do Jönköping odwiedziłam jeszcze chyba najbardziej tam znany kościół czyli Sofiakyrkan. W kościele można zrobić sobie np. ciepłą herbatę, a gdyby ktoś się zastanawiał jak brzmi 10 przykazań po szwedzku to mniej więcej tak:


Wieczorem wybrałam się na wycieczkę z pewnym miłym Szwedem wokół jeziora Munksjön. Niestety nie mam zdjęć bo było ciemno i w sumie to pewnie niewiele byłoby widać tylko wodę i wodę :) Obecnie w Jönköping bardzo dużo się buduje, wiec nie miałam możliwości iść cały czas nad brzegiem, ale może wrócę tam kiedyś i wtedy całą droga będzie dostępna:)

Kolejny dzień był najładniejszym dniem pod względem pogodowym podczas tego pobytu w Szwecji. Ostatni dzień w roku, który przyszło mi spędzić w Helsingborgu. Przejazd z Jönköping  do Helsingborga postanowiłam sobie zorganizować szwedzkimi liniami kolejowymi z dwiema przesiadkami w Alvesta i w Hässleholm (nästa Alvesta:). W Alvesta byłam ok 40 minut i starczyło mi to na szybki przegląd co jest w mieście, kupiłam sobie nawet książkę po szwedzku, którą mam zamiar przeczytać. W Hässleholm byłam chyba z 10 minut i tyle musiało mi starczyć na przesiadkę, może następnym razem zobaczę co tam jest:)


W Helsingborg trafiłam do ciekawego kościoła Santa Maria kyrka gdzie można znaleźć szwedzką ścianę płaczu:

Poza tym znalazłam taką informację na Wikipedii:
"Kościół Mariacki w Helsingborgu był pierwszym w Szwecji, który zaproponował zbieranie ofiar pieniężnych na tacę za pośrednictwem karty kredytowej" vad kul!!
W Helsingborgu też oczywiście musiałam wejść na jakąś górkę i zrobić zdjęcie  miasta:


Korzystając z pięknej pogody zrobiłam sobie jeszcze szybki spacerek nad morze po czym udałam się na miejsce gdziem miałam spędzić ostatnią noc w roku.




Nocleg miałam oddalony o ponad 6 km od centrum miasta czyli w sumie już prawie poza miastem :) I to był najlepszy wybór w tym roku, w vandrahem który sobie wybrałam było bardzo mało osób więc cisza i spokój, a do tego blisko plaży, po prostu wymarzone miejsce - chyba już wiem gdzie spędzę następnego Sylwestra :) Dodatkowo panował jeszcze świąteczny klimat więc mogłam się nacieszyć choinką której w tym roku nie miałam...  Najlepszy Sylwester ever!!!


Pierwszy dzień Nowego Roku postanowiłam zacząć od spaceru wzdłuż brzegu z mojego vandrahem do centrum Helsingborga. Wbrew pozorom dużo ludzi już było na nogach, chociaż większość pewnie jeszcze odpoczywała po imprezach. Z Helsignborga miałam autobus do Malmö skąd miałam wieczorem samolot powrotny do Warszawy.



W Malmö byłam ok 2-3 h, wiec zrobiłam sobie szybki spacerek. Bardzo miło wspominam to miasto, dlatego też zawsze bardzo chętnie je odwiedzę. Dobrze że są tanie loty :)





Samolot z Malmö do Warszawye opóźniony by o ok 2 h, to chyba znak że nie powinnam wyjeżdżać ze Szwecji, ale dzięki temu mogłam sobie jeszcze posłuchać języka. Zawsze trzeba szukać pozytywów:)

Na koniec kilka obserwacji i moich przemyśleń:
 - wbrew temu co wszyscy myślą pogoda była całkiem jesienna, ani grama śniegu i było cieplej niż w Polsce. Jeśli ktoś będzie nadal twierdził że w Szwecji jest zimno, to można mu powiedzieć "You know nothing (i tu jego imię i nazwisko) :)
- trafiłam akurat na poświąteczny czas kiedy wszystko jest przepięknie oświetlone, zarówno miasto jak i domy. Właściwie z 90% mieszkań widziałam gwiazdy w oknach lub świeczniki, pięknie to wygląda. miasta tez są pięknie oświetlone, jakoś w Polsce tak smutniej pod tym kątem. Niestety nie mam dobrego aparatu żeby oddać ten nastrój, tam po prostu trzeba pojechać i zobaczyć na własne oczy.




- nie zwróciłam na to wcześniej uwagi ale w Szwecji są specjalne sklepy gdzie można kupić tylko alkohol. Oczywiście odwiedziłam jeden z nich :)


- w Szwecji bardzo popularne jest zjawisko "bonus familj" nasze polskie patchworkowe rodziny. Wydaje mi się że ludzie podchodzą tam do takich spraw bardziej na luzie niż w Polsce i bez problemu przyznają się że mają już jakieś dzieci i szukają kolejnej żony/męża. Normalne :)


- w Göteborgu miałam okazję spotkać Serba który mieszka tam już od 5 lat. On nie znał angielskiego a ja znam tylko trochę szwedzki, ale mimo to jakoś się dogadaliśmy! Okazało się że po ok 3 miesiącach nauki jestem w stanie sklecić jakieś sensowne zdanie! Vad kul!!! :)
- 2019 rok to był absolutnie słaby rok dla mnie, poza kilkoma chwilami radości które zdarzały mi się przede wszystkim w podróży. Oby dinger och saker były dla mnie lepsze w 2020 a już na pewno chcę więcej fikać!:)

niedziela, 22 września 2019

Czy można się nawrócić w tzw. Ziemi Świętej?

Izrael i Palestyna zawsze wzbudzały we mnie skrajne uczucia. Z jednej strony kojarzyły mi się z przytulną szopką gdzie narodził się Jezus, z drugiej strony ze strefą Gazy, której sama nazwa już powoduje gęsią skórkę. Trochę czasu zbierałam się żeby tam pojechać, po kilku nieudanych próbach w końcu udało się wybrać do tych tajemniczych krajów.

Do Tel Awiwu można teraz całkiem tanio dolecieć Wizzairem, lot trwa ok 3 h 20 minut. O tej porze roku jest tam bardzo ciepło, wiec jakby się tak spiąć to można nawet tylko z małym podręcznym bagażem się wybrać. W samolocie do Tel Awiwu leciało z nami kilku tzw. ortodoksyjnych żydów, którzy wyglądali jak Skrzypki na Dachu. Strasznie się wiercili i łazili po samolocie, aż załoga musiała ich uspokajać. Nawet gdy świeciły się ikonki o konieczności zapięcia pasów oni w ogóle nic sobie z tego nie robili i nadal urządzali spacery. Bardzo ruchliwy naród.

Podczas mojego tygodniowego pobytu udało mi się zwiedzić najbardziej znaczące miejsca, ale też poleżałam trochę na plaży, a co należało mi się w końcu. Tak więc po kolei miejsca w których byłam i moje wrażenia.

JEROZOLIMA
- Grób Pański - to przede wszystkim bardzo długa kolejka z długim czasem oczekiwania na kilka sekund przy grobie. Czasu na modlitwę nad grobem pilnuje jakiś człowiek i nie pozwala nikomu siedzieć nad nim dłużej niż chwila. W sumie spoko praca, stoi tylko i macha, że można wejść a potem stuka w ścianę żeby trzeba już wyjść
- ściana płaczu - nie mam pojęcia jak tam w ogóle można się skupić, kupa ludzi, gorąco i w ogóle jakoś tak niesprzyjająco. 48 m ściany przeznaczona jest dla mężczyzn, a tylko 12 m dla kobiet. A podobno to kobiety więcej płaczą...


- dzielnica Me’a Shea’rim - tu mieszkają ultraortodoksyjni Żydzi, tacy właśnie jak ze Skrzypka na Dachu. Przez dzielnicę przejeżdżałam nocą, żeby lepie im się przyjrzeć. Wyglądają ... ciekawie.
- góra Oliwna - na górze Oliwnej jest super punkt widokowy na cała Jerozolimę, co oczywiście udało mi się ująć na zdjęciu. Może nienajlepsze, ale to po prostu trzeba zobaczyć na żywo.


 - Masada / Qumran - nie bardzo pamiętam co się wydarzyło w tym miejscu i dlaczego jest ono ważne, generalnie jest ot wzgórze na które wjeżdża się kolejką a z góry można zobaczyć piękny widok na Morze Martwe.

MORZE MARTWE
To było naprawdę ekscytujące przeżycie, szczególnie gdy woda dostanie się do oczu :) warto mieć ze sobą butelkę słodkiej wody, bo bez tego może być naprawdę ciężko. Oczywiście musiałam skorzystać z kąpieli błotnej, która bardzo dobrze działa na skórę a także na włosy. Po wypłukaniu w wodzie z Morz Martwego nie myłam się przez kolejne kilka godzin aby wzmocnić efekt pielęgnacyjny - naprawdę warto. Tak bardzo mi się spodobało, że aż zakupiłam dwa worki błota na wynos - podobno błoto drobnomielone...


Gdy pływałam sobie w morzu w oddali widziałam mnóstwo czarnego dymu, jak się potem okazało często zdarzają się tu samozapalenia samochodów pod wpływem wysokiej temperatury. Trochę nieswojo się poczułam gdy się o tym dowiedziałam, na szczęście udało mi się tym razem nie spłonąć.

PALESTYNA
- takie rzeczy w Palestynie, chyba nie ma co komentować :)



- Betlejem - no i upadło moje wyobrażenie o szopce, gdzie urodził się Jezus. Zamiast tego urodził się  on w jakiejś dziurze w ziemi, gdzie wcale nie było aż tak zimno jak to głoszą rzewne polskie kolędy. Ja się tam przynajmniej spociłam.

TEL AWIW
- najciekawszą częścią Tel Awiwu jest tzw. stara Jaffa, trochę takie ichniejsze stare miasto. Zwraca tam uwagę zamiłowanie do znaków zodiaku, gdyż można tam spotkać ulice, fontannę, most i pewnie jeszcze wiele nieodkrytych przeze mnie rzeczy nawiązujących do poszczególnych znaków zodiaku.

Pisces, not Fish!!!
- nie mogłam się oprzeć żeby nie wleźć na palmę, na szczęście udało mi się nie zostać złapanym przez izraelską policje, choć stresik trochę był :) Z drugiej strony ciekawe co grozi za takie wybryki...
Langusta na Palmie :)
Zawsze chciałam to zrobić
- w Tel Awiwie istnieje część wydzielona plaży ogrodzona wysokim płotem. Jak zdążyłam się zorientować była to część plaży przeznaczona tylko dla ortodoksyjnych Żydów i nikt inny nie ma tam wstępu
- jazda autobusem w Tel Awiwie jest dość przygodowa dla osób które nie znają alfabetu hebrajskiego lub arabskiego, wszystkie rozkłady jazdy były jak poniżej, tak wiec trudno zgadnąć gdzie się dojedzie, no risk no fun!

INNE OBSERWACJE I WNIOSKI
- w Izraelu nie trzeba wymieniać pieniędzy na ichniejszą walutę, można spokojnie płacić w dolarach. Money is money. Przyjmują wszystko jak leci, nawet jakieś stare dolarówki, których w niektórych państwach już wymienić się nie da. A tak w ogóle waluta Izraela to szekl popularnie zwany szakalem
- jedzenie jest cudowne, w sumie jadłam cały czas kebaby na zmianę z falafelami, ale to były naprawdę przepyszne rzeczy. A jak jeszcze dogadacie się z jakimś lokalsem to możecie załapać się na taki oto pyszny hummus domowej roboty:

- w 2019 roku w Tel Awiwie odbywał się finał konkursu Eurowizji. Co prawda było to w maju, ale nadal jeszcze występują elementy deklaracyjne po tym wydarzeniu.
- Tel Awiw generalnie jest dość wyluzowanym miastem, tęczowy kolor można tu znaleźć wszędzie tak samo jak zioło można poczuć wszędzie, miasto dla uciech cielesnych w sam raz. W Jerozolimie natomiast można popracować nad swoją duchowością - kraj do tańca i do różańca, full pakiet.


Podsumowując, odpowiedź na zadane w temacie pytanie brzmi: zależy czego szukasz...

Buka w Dolinie Muminków

Tak tak, wiem mam straszne blogowe zaległości, ale nadrobię je, obiecuje sobie przede wszystkim. Tymczasem zrelacjonuje jeden z moich ostatn...