niedziela, 22 września 2019

Czy można się nawrócić w tzw. Ziemi Świętej?

Izrael i Palestyna zawsze wzbudzały we mnie skrajne uczucia. Z jednej strony kojarzyły mi się z przytulną szopką gdzie narodził się Jezus, z drugiej strony ze strefą Gazy, której sama nazwa już powoduje gęsią skórkę. Trochę czasu zbierałam się żeby tam pojechać, po kilku nieudanych próbach w końcu udało się wybrać do tych tajemniczych krajów.

Do Tel Awiwu można teraz całkiem tanio dolecieć Wizzairem, lot trwa ok 3 h 20 minut. O tej porze roku jest tam bardzo ciepło, wiec jakby się tak spiąć to można nawet tylko z małym podręcznym bagażem się wybrać. W samolocie do Tel Awiwu leciało z nami kilku tzw. ortodoksyjnych żydów, którzy wyglądali jak Skrzypki na Dachu. Strasznie się wiercili i łazili po samolocie, aż załoga musiała ich uspokajać. Nawet gdy świeciły się ikonki o konieczności zapięcia pasów oni w ogóle nic sobie z tego nie robili i nadal urządzali spacery. Bardzo ruchliwy naród.

Podczas mojego tygodniowego pobytu udało mi się zwiedzić najbardziej znaczące miejsca, ale też poleżałam trochę na plaży, a co należało mi się w końcu. Tak więc po kolei miejsca w których byłam i moje wrażenia.

JEROZOLIMA
- Grób Pański - to przede wszystkim bardzo długa kolejka z długim czasem oczekiwania na kilka sekund przy grobie. Czasu na modlitwę nad grobem pilnuje jakiś człowiek i nie pozwala nikomu siedzieć nad nim dłużej niż chwila. W sumie spoko praca, stoi tylko i macha, że można wejść a potem stuka w ścianę żeby trzeba już wyjść
- ściana płaczu - nie mam pojęcia jak tam w ogóle można się skupić, kupa ludzi, gorąco i w ogóle jakoś tak niesprzyjająco. 48 m ściany przeznaczona jest dla mężczyzn, a tylko 12 m dla kobiet. A podobno to kobiety więcej płaczą...


- dzielnica Me’a Shea’rim - tu mieszkają ultraortodoksyjni Żydzi, tacy właśnie jak ze Skrzypka na Dachu. Przez dzielnicę przejeżdżałam nocą, żeby lepie im się przyjrzeć. Wyglądają ... ciekawie.
- góra Oliwna - na górze Oliwnej jest super punkt widokowy na cała Jerozolimę, co oczywiście udało mi się ująć na zdjęciu. Może nienajlepsze, ale to po prostu trzeba zobaczyć na żywo.


 - Masada / Qumran - nie bardzo pamiętam co się wydarzyło w tym miejscu i dlaczego jest ono ważne, generalnie jest ot wzgórze na które wjeżdża się kolejką a z góry można zobaczyć piękny widok na Morze Martwe.

MORZE MARTWE
To było naprawdę ekscytujące przeżycie, szczególnie gdy woda dostanie się do oczu :) warto mieć ze sobą butelkę słodkiej wody, bo bez tego może być naprawdę ciężko. Oczywiście musiałam skorzystać z kąpieli błotnej, która bardzo dobrze działa na skórę a także na włosy. Po wypłukaniu w wodzie z Morz Martwego nie myłam się przez kolejne kilka godzin aby wzmocnić efekt pielęgnacyjny - naprawdę warto. Tak bardzo mi się spodobało, że aż zakupiłam dwa worki błota na wynos - podobno błoto drobnomielone...


Gdy pływałam sobie w morzu w oddali widziałam mnóstwo czarnego dymu, jak się potem okazało często zdarzają się tu samozapalenia samochodów pod wpływem wysokiej temperatury. Trochę nieswojo się poczułam gdy się o tym dowiedziałam, na szczęście udało mi się tym razem nie spłonąć.

PALESTYNA
- takie rzeczy w Palestynie, chyba nie ma co komentować :)



- Betlejem - no i upadło moje wyobrażenie o szopce, gdzie urodził się Jezus. Zamiast tego urodził się  on w jakiejś dziurze w ziemi, gdzie wcale nie było aż tak zimno jak to głoszą rzewne polskie kolędy. Ja się tam przynajmniej spociłam.

TEL AWIW
- najciekawszą częścią Tel Awiwu jest tzw. stara Jaffa, trochę takie ichniejsze stare miasto. Zwraca tam uwagę zamiłowanie do znaków zodiaku, gdyż można tam spotkać ulice, fontannę, most i pewnie jeszcze wiele nieodkrytych przeze mnie rzeczy nawiązujących do poszczególnych znaków zodiaku.

Pisces, not Fish!!!
- nie mogłam się oprzeć żeby nie wleźć na palmę, na szczęście udało mi się nie zostać złapanym przez izraelską policje, choć stresik trochę był :) Z drugiej strony ciekawe co grozi za takie wybryki...
Langusta na Palmie :)
Zawsze chciałam to zrobić
- w Tel Awiwie istnieje część wydzielona plaży ogrodzona wysokim płotem. Jak zdążyłam się zorientować była to część plaży przeznaczona tylko dla ortodoksyjnych Żydów i nikt inny nie ma tam wstępu
- jazda autobusem w Tel Awiwie jest dość przygodowa dla osób które nie znają alfabetu hebrajskiego lub arabskiego, wszystkie rozkłady jazdy były jak poniżej, tak wiec trudno zgadnąć gdzie się dojedzie, no risk no fun!

INNE OBSERWACJE I WNIOSKI
- w Izraelu nie trzeba wymieniać pieniędzy na ichniejszą walutę, można spokojnie płacić w dolarach. Money is money. Przyjmują wszystko jak leci, nawet jakieś stare dolarówki, których w niektórych państwach już wymienić się nie da. A tak w ogóle waluta Izraela to szekl popularnie zwany szakalem
- jedzenie jest cudowne, w sumie jadłam cały czas kebaby na zmianę z falafelami, ale to były naprawdę przepyszne rzeczy. A jak jeszcze dogadacie się z jakimś lokalsem to możecie załapać się na taki oto pyszny hummus domowej roboty:

- w 2019 roku w Tel Awiwie odbywał się finał konkursu Eurowizji. Co prawda było to w maju, ale nadal jeszcze występują elementy deklaracyjne po tym wydarzeniu.
- Tel Awiw generalnie jest dość wyluzowanym miastem, tęczowy kolor można tu znaleźć wszędzie tak samo jak zioło można poczuć wszędzie, miasto dla uciech cielesnych w sam raz. W Jerozolimie natomiast można popracować nad swoją duchowością - kraj do tańca i do różańca, full pakiet.


Podsumowując, odpowiedź na zadane w temacie pytanie brzmi: zależy czego szukasz...

czwartek, 4 lipca 2019

Kto nie ma w głowie to ma w nogach...

... a bieg do samolotu czasem musi być.

O mały włos by do tej wyprawy nie doszło, no może nie aż taki mały...ale gorąco było.

Zwykle w okolicach dłuższego wolnego wszyscy się nawzajem pytają, co będą w tym czasie robić. Miałam w głowie plan, ale niestety jak to czasem bywa z powodu pracy, nie wyszedł. Stwierdziłam więc że pojadę gdziekolwiek gdzie znajdę najtańsze bilety. Ponieważ czasu było mało i kierunki zawężone, padło na najbardziej popularny kierunek ostatnio, czyli północ. Szybko więc kupiłam bilety do Malmö i jeszcze szybciej, bez żadnego konkretnego planu, postanowiłam że zobaczę w końcu Mała Syrenkę w Kopenhadze. I to był jedyny punkt, który na pewno chciałam zobaczyć, resztę postanowiłam odkryć.

Wylot miałam z Gdańska o 9:30 rano, zakupiłam więc bilet na busa do Gdańska, aby zawiózł mnie na sensowną godzinę, abym mogła zdążyć. Zostałam elegancko podwieziona na dworzec, autobus wg planu miał odjeżdżać za jakieś 20 minut. Czekałam sobie więc cierpliwie na autobus i gdy w końcu podjechał, szybko do niego ruszyłam żeby zająć sobie najlepsze miejsce. No i tu czekała mnie niespodzianka, gdyż okazało się, że kupiłam bilet ... na dzień wcześniej! Nie wiem jak to zrobiłam, samej mi się śmiać chciało z tego, ale z drugiej strony szybko musiałam coś kombinować, żeby jednak do tego Gdańska dojechać. Na szczęście był jakiś pociąg, który wg planu dowiózłby mnie na jakieś 40 minut przed odlotem na lotnisko. Do tego dochodził jeszcze czas przy bramkach i poszukiwanie odpowiedniego gate (jak zwykle, tak jak się spodziewałam, mój gate był na samym końcu lotniska). Podsumowując, szansa że zdążę była mała, ale jednak była, wiec czemu nie zaryzykować. W najgorszym wypadku zostałabym sobie do niedzieli nad polskim morzem, w sumie też fajnie. Na szczęście udało się, w ostatniej chwili dobiegłam do gate i udało mi się załadować do autobusu wiozącego ludzi do samolotu. To już kolejny raz kiedy biegłam do samolotu w tym roku, zdarzyło mi się to już w Maroko, tyle że tam nie z mojej winy, ale z nieogarnięcia ludzi na lotnisku. Ostatecznie jednak udało mi się załadować do samolotu i ruszyć na szwedzko - duńską przygodę.

Lot do Malmö z Gdańska trwa ok 40 minut, nie jest więc jakiś mocno uciążliwy. Z lotniska w Malmö do centrum miasta można się dostać między innymi autobusami linii Flygbussarna, są one dość charakterystyczne bo w tęczowym kolorze :)

W Malmöwysiadłam na dworcu centralnym, który znajduje się z jednej strony nad wodą z drugiej bardzo blisko głównego placu w Malmö, zwanego Stortorget z Karl X Gustav staty.


Na początek ruszyłam do centrum miasta, żeby ogólnie dobie obejrzeć co tam jest, i okazało się, że to bardzo fajne, małe, czyste miasteczko. Cudowna odmiana po gorącej zatłoczonej Warszawie, naprawdę można psychicznie odetchnąć. Dużo tam jest parków z fajnymi roślinami i ciekawych pomników. W sumie nie było tam nic konkretnego co mnie zachwyciło, po prostu całość jest niesamowita.





A w tle sentymentalna apteka :) 



Oczywiście nie pamiętam jak się te miejsca nazywały, po prostu biegałam po mieście jak oszalała, kilkukrotne przekraczając dzienny limit kroków narzucony mi przez aplikacje.

Kolejnego dnia wybrałam się do Kopenhagi pociągiem. Jedzie się ok 40 minut i też dojeżdża się do samego centrum miasta. Wg mnie w Kopenhadze jest bardziej jak w Warszawie, tak więc i podobało mi się mniej. Bardzo dużo turystów i tak jakoś mniej klimatycznie. Jest oczywiście dużo zabytków do obejrzenia i naprawdę duże wrażenie zrobiło na mnie miejsce niedaleko Małej Syrenki, czyli tu:


Nie wiem jak to się oficjalnie nazywa, ale bardzo fajne miejsce. Np. takie ciekawe rzeczy tam są:





Oczywiście spełniłam też swoje marzenie, czyli spotkałam się z Małą Syrenką ;)

Den Lille Havfrue och Lilla Slyna 

Oczywiście, przez Kopenhagę też biegałam jak opętana, by zobaczyć jak najwięcej. Trafiłam nawet do jednego "parku" gdzie ludzie sobie spokojnie jeździli rowerem i biegali. Ale im głębiej w park tym więcej grobów, i okazało się że to ... cmentarz! Wyobrażacie sobie kogoś biegającego w skąpym ubraniu np. po Powązkach? Może będę pierwsza :)






Kopenhaga jednak dość mnie zmęczyła właśnie tym nadmiarem ludzi, więc po półtora dnia wróciłam do Malmö, bo tam jakoś lepiej :)

Ostatniego dnia miałam jeszcze okazję spotkać moją koleżankę Asię, która mieszka w Malmö i w okolicach już chyba z 10 lat. Wybrałyśmy się razem na plażę, powspominałyśmy, powymieniałyśmy się niusami itp. Po spotkaniu bez większych już problemów wróciłam do Gdańska, a potem do Warszawy.

Bardzo miło będę wspominać ten wyjazd, bo tak naprawdę to nieważne gdzie jesteś, to zawsze inni ludzie pozostawiają w tobie najlepsze wspomnienia :)

Podsumowując, kilka faktów i moich przemyśleń po tym wyjeździe:
- w języku szwedzkim o wiele łatwiej jest wyłapać poszczególne słowa, które wypowiadają, w duńskim wszystko brzmi jak taki potok bez przystanków,
- w Malmö nie można kupić Surströmming, czyli kiszonych śledzi w sklepach, podobno trzeba specjalnie zamawiać przez internet, za to można kupić inne ciekawe rzeczy, których nie ma w Polsce,
- w Szwecji bardzo popularny jest tzw. snus czyli taka trochę alternatywa dla papierosów, trujesz tylko siebie, a nie innych, na dodatek nawet dobrze pachnie, sprawdza się obecnie jako odświeżacz do szafy,
- w Kopenhadze w pokoju koedukacyjnym na 8 osób byłam jedyna płcią żeńska, mimo to ciężko mi było wygrać walkę o zainteresowanie któregokolwiek ze współlokatorów z ich telefonem, cóż takie czasy, albo ja za bardzo skandynawska,
- kupowanie tabletek na zatwardzenie nadal pozostaje najbardziej żenującą rzeczą jaką można zrobić w aptece,
- ludzie są tu bardzo mili i zawsze uśmiechnięci, i chyba z ogóle tacy sczilowani, a jak próbujesz coś powiedzieć w ich języku to już w ogóle się strasznie cieszą,
Mam jeszcze dwie refleksje polityczne, ale ponieważ jest to miejsce apolityczne zachowam je dla siebie. "Welcome to Sweden" zastępuję "Sweden, I believe in you".
Na koniec taka ciekawostka, akurat trafiłam tam na czas tzw. Midsommar, którego symbolem zdaje się jest tzw. Słup Majowy, który wygląda mniej więcej tak:

niedziela, 26 maja 2019

Cele indywidualne a cele grupowe czyli jak (nie)zdobywać Tubkala

Zdobywać szczyty coraz wyższe to jedno z moich wielu marzeń. Kocham górskie wędrówki i mam apetyt żeby wchodzić wyżej i wyżej. Dlatego też zdecydowałam się zdobyć swój pierwszy czterotysięcznik na nogach. Miałam już wcześniej okazje być na takiej wysokości ale niestety przejazdem, więc to się nie liczyło :) Teraz chciałam tam po prostu wejść...
Jako pierwszą górkę postanowiłam zdobyć jedną z najłatwiejszych podobno górek czyli Jebel Toubkal w Marocco. Postanowiłam się wybrać tam z jednym klubem podróżników, bo to zawsze łatwiej wtedy zorganizować. Wejście na Toubkal miało być punktem kulminacyjnym 7 dniowej wycieczki po Maroko. Nietrudno jednak się domyślić ze mnie interesował tylko Toubkal a reszta to tylko miły dodatek :) Np. ślimaczki, mniam!

Cała wycieczkę rozpoczęliśmy bardzo wczesnym wyjazdem z Markaeszu do Imlil, odległego ok 2 h samochodem. Imlil znajduje się na wysokości ok 1 800 mnpm. Tam wynajęliśmy kijki i ruszyliśmy w drogę. Niestety z powodu braków zasobowych dostały mi się dwa różne kijki, ale co tam, działały i to jest najważniejsze:). Pierwszego dnia mieliśmy do przebycia drogę do schroniska Refuge du Toubkal, które znajduje się na wysokości ok 3200 mnpm. Po drodze z Imlil do schroniska znajdują się trzy punkty kontrolne, gdzie sprawdzają paszporty. Kontrole te zaczęły się po tym jak w grudniu 2018 roku zamordowano tam dwie dziewczyny ze Skandynawii (z Danii i Norwegii), które podobno sobie gdzieś na dziko nocowały. Jak kogoś interesuje ten temat to więcej jest np. tu: https://en.wikipedia.org/wiki/Murders_of_Louisa_Vesterager_Jespersen_and_Maren_Ueland
Niestety chyba nie do końca te kontrole są sprawne bo mi się udało przejść obok jednej z nich niezauważonym. W ogóle wydają mi się one trochę bezsensowne, bo i tak jak ktoś będzie chciał to sobie poradzi, zwłaszcza idąc w większej grupie. Poniżej okolice pierwszej kontroli, właśnie tam gdzie mnie nie zauważono:


Z Imlil do Schroniska można się dostać na osiołku. Z całej naszej grupy, tylko jedna osoba zdecydowała się wjechać tam właśnie tym sposobem. Ponieważ całkiem sprawnie się poruszali towarzyszyłam im idąc obok, ad do miejsca zwanego "Białym kamieniem" gdzie miała miejsce druga kontrola. Cały czas towarzyszyły nam piękne widoki gór jak np. takie:


Po drugiej kontroli (gdzie odnotowano mnie po raz pierwszy)oraz posiłku ruszyliśmy dalej w drogę. Niestety był przymus żeby iść za przewodnikiem, który do najszybszych nie należał. Dodatkowo część grupy coraz robiła sobie postoje (chyba nawet było więcej postojów niż iścia). Dla niektórych było to trochę irytujące a dla mnie nawet bardzo bo ja jestem przyzwyczajona do zapie********, wiec trochę się męczyłam. Mus to mus, co zrobisz jak nic nie zrobisz. Możesz tylko robić zdjęcia, albo mogą zrobić tobie:

I tak powoli dotarliśmy do trzeciego punktu kontroli, gdzie poczęstowali nas orzechami włoskimi. Po tym punkcie przewodnik pozwolił tym którzy chcą żeby szli swoim tempem do schroniska. I na ten moment czekałam, próbowałam dogonić tą osobę, która jechała na osiołku, ale niestety minimalnie przegrałam, także byłam pod schroniskiem jako druga z naszej grupy :)

W schronisku mieliśmy nocować aby kolejnego dnia z rana zaatakować szczyt. Chociaż w sumie miałam jeszcze tyle energii, że dałabym rade tego samego dnia, ale cóż trzeba się dostosować do grupy. w schronisku wypożyczyliśmy raki, bo mimo że to Afryka to w górach jest śnieg. Może nie były to najlepszej jakości raki, ale założyć się dały więc było ok.
Kolejnego dnia ok godziny 4:30 wyruszyliśmy ze schroniska żeby dotrzeć na szczyt. Było jeszcze ciemno więc trzeba było mieć czołówkę, ale nawet w miarę ciepło więc jak dla mnie warunki w sam raz. Niestety znowu zaczęły się problemy z częścią grupy która co raz robiła postoje bo a to komuś spadł rak, a to ktoś się źle poczuł. No zdarza się, niestety podczas takich postojów poczułam, że jednak wcale nie jest tak ciepło, albo po prostu byliśmy coraz wyżej stąd bardziej odczuwałam zimno. Po pewnym czasie zaczęło się robić jasno i zaczął wyłaniać się piękny widok gór:


Z każdą chwila było coraz jaśniej i coraz piękniej. Z czasem też zaczęłam odczuwać zmianę wysokości, gdyż coraz trudniej było mi złapać oddech. A to przecież niemożliwe że straciłam kondycję w kilka minut :)

Ostatni prosta na Toubkal jest banalna do wykonania, przestała mi też przeszkadzać utrata oddechu, sama końcówka trasy ma już nieznaczne wzniesienia więc zmiana wysokości nie jest aż tak gwałtowna. W końcu dotarłam na szczyt, wg wskazań na telefonie była ok 8:30, a widoki imponujące:




Po zdobyciu szczytu zeszliśmy do schroniska a następnie z powrotem do Imlil. Część osób zdecydowała się na powrót osiołkiem ze schroniska. W drodze powrotnej Atlas pogroził nam burzą, na szczęście nic się nikomu nie stało i tylko trochę przemoknięci wróciliśmy do Markaeszu skąd następnego dnia wracaliśmy do Polski (ja wracam przez Pragę co prawda, ale też docelowo do Polski :)) Po drodze spotkaliśmy bardzo sympatyczne stado kóz, przesłodkie kluski:


Niestety spotkałam się z falą hejtu za to w jaki sposób zdobyłam ten szczyt. Dla mnie jednak liczy się to, że weszłam tam na swój sposób. Jak jestem w górach to chce żeby to była dla mnie przyjemność a nie stres związany z tym co ludzie pomyślą. Dużo miłości życzę wszystkim ja i wielbłąd Olek 💜

niedziela, 17 marca 2019

Wyspa Afrodyty

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w podróży ...

Pewnego zimowego dnia, albo wieczora wpadłyśmy z koleżanką, z którą znam się od ponad 10 lat, na pomysł żeby w końcu gdzieś się razem wybrać. Dla obu z nas podróże to pasja, wiec dziw bierze, że do tej pory nie udało nam się jeszcze nigdzie razem wyjechać. Trzeba było wiec nadrobić ten haniebny brak i w końcu gdzieś się razem wybrać. Ponieważ obie sporo podróżujemy, mało jest miejsc gdzie jeszcze żadna z nas nie była, ale wciąż takie są i tak oto zdecydowałyśmy się na wyjazd na Cypr.
Podróż zaplanowałyśmy na trzy dni. Cypr nie jest jakiś wielki (podobno wielkości województwa opolskiego) więc zdecydowałyśmy się wynająć samochód i po prostu pojeździć z miejsca na miejsce, aby zobaczyć jak najwięcej w tak krótkim czasie. W zaplanowaniu podróży bardzo pomógł nam czyjś blog podróżniczy, własnie opisujący co można zwiedzić w trzy dni na Cyprze.
Samolot miałyśmy z Okęcia ok 16 po południu w piątek, lot zajął nam ok 4 h i po 20 byłyśmy już na miejscu. Na lotnisku od razu odebrałyśmy wypożyczony samochód i ruszyłyśmy z lotniska do Larnaki, aby tam przenocować. Na Cyprze jest ruch lewostronny, ale koleżanka to mistrz kierownicy i nie straszne jej było to, że jedzie po złej stronie drogi. Niestety, ja nie jeżdżę, wiec musiałam polegać na jej umiejętnościach i prawdą jest, że poradziła sobie wyśmienicie :) W Larnace wybrałyśmy się na późną kolację i krótki spacer nad morze. UWAGA na Cyprze są też gniazdka typu angielskiego. Na szczęście skojarzyłam że lewostronny ruch to pewnie też trzeba przejściówkę wziąć, co uratowało nas przez stratą kontaktu ze światem :)
Kolejnego dnia z rana wyruszyłyśmy z Larnaki na zachód wyspy szlakiem miejsc polecanych we wspomnianym wyżej blogu. Jako pierwsza Governors Beach - podobno piękna, jak dla mnie przeciętna, ale zobaczyć można.
Potem zatrzymałyśmy się chwilę w Limassol ponieważ chciałam zobaczyć biuro mojej firmy, które się tam mieści. Niestety chyba GPS szwankował bo nie udało mi się tego miejsca znaleźć, ale byłam na ulicy gdzie teoretycznie powinno to biuro się znajdować :) Z Limassol wyruszyłyśmy do kompleksu archeologicznego Kourion, gdzie na pewno odnajdą się ludzie którzy lubią takie miejsca. Jak dla mnie, po prostu fajnie było to zobaczyć.
Potem wyruszyłyśmy w kierunku jednego z ciekawszych miejsc na Cyprze, czyli miejsca narodzin Afrodyty. Miejsce fajne, ale bardzo dużo było tam (nawet na tą porę) turystów. Dla mnie super sprawą było to, że mogłam sobie wejść na skałę i obejrzeć całość z góry.
Po obejrzeniu skały przeniosłyśmy się do Paphos, aby tam przenocować. Ale zanim sen, trzeba było coś zjeść, wiec wybrałyśmy się do jednej z nielicznych otwartych o tej porze roku restauracji. Okazało się, że był to rodzinny biznes, czyli mała knajpka gdzie bardzo miło nas potraktowano i miałyśmy okazję zasmakować cypryjskiej gościnności tj.
- było mi zimno więc na początku siedziałam w czapce - panie przyniosły mi grzejniczek gazowy żebym mogła się rozgrzać,
- dostałyśmy gratis ciastko czekoladowe,
- wypiłyśmy butelkę wina za 3/4 ceny z menu,
- dostałyśmy foldery reklamowe i mapę Paphos,
- pojadłyśmy musake.
Po kolacji wybrałyśmy się jeszcze na spacer, z którego ze względu na problemy techniczne wróciłyśmy komunikacją miejską (cena jednorazowego biletu autobusowego w Paphos to 1,5 EUR)
Kolejnego dnia z rana wybrałyśmy się w dwa, wg mnie, najciekawsze miejsca na Cyprze.
Na początek pojechałyśmy zobaczyć wrak statku EDRO III, który podobno stoi tam od grudnia 2011 roku. Naprawdę robi wrażenie i z bliska i z daleka i warto go zobaczyć.
Po wizycie na ERDO pojechałyśmy zobaczyć wąwóz Avakas. Miałyśmy trochę problemy z dojazdem tam, gdyż podobno ulewne deszcze zniszczyły drogę, ale koleżanka ponownie udowodniła, że jest mistrzem kierownicy i takie rzeczy jej nie straszne. Przy okazji naszego błądzenia, udało nam się trafić na bardzo uroczy kościółek, który na tle pochmurnego nieba prezentował się spektakularnie.
Droga do wąwozu okazała się zamknięta, ale turyści i tak tam szli wiec poszłyśmy i my. Już na samym wejściu trzeba było przejść przez strumyk i nie dało się tego zrobić inaczej niż boso lub mocząc sobie buty. Potem kawałek idzie się ścieżką, natomiast sam wąwóz o tej porze roku (tj. luty) najlepiej przejść na boso bo jest tam dużo wody, można ewentualnie zaopatrzyć się w specjalne buty. Chyba, że ktoś chce poświęcić swoje regularne buty, to już jest to jego wybór. Ja zdecydowałam się na bosą wycieczkę, chociaż ten kto mnie zna wie jak nienawidzę chodzić boso po kamieniach w zimnej wodzie. Udało się jednak, nawet za bardzo nie krzyczałam :) Naprawdę polecam taki spacer.

Po Avakas zdecydowałyśmy pojechać w góry Troodos, żeby zobaczyć Olimp. Niestety, ku mojemu niezadowoleniu tuż po wyjeździe z Paphos okazało się że oderwał nam się przedni błotnik w lewym kole i zahacza o koło. Wywoływało to niezbyt przyjemne dźwięki i nie wiadomo czy nie doprowadziło by do gorszych uszkodzeń. Koleżanka wezwała więc pomoc z firmy od której wynajmowałyśmy auto, żeby nam to naprawili. Niestety, nie miałyśmy narzędzi żeby to naprawić, a rozwiązanie "na plaster" (dosłownie) nie dało pożądanego rezultatu. Pomoc okazała się bardzo czasowa, gdyż jak obiecali ze będą w 30 minut to tak właśnie dojechali. Pan z pomocy okazał się bardzo sympatycznym Rumunem i bardzo chętnie wzięłybyśmy go dalej ze sobą :). Przez tą nieoczekiwaną naprawę miałyśmy ok godziny opóźnienia i mimo starań nie udało nam się dotrzeć do Troodos przez zmrokiem. Pozostało nam więc uczucie, że jesteśmy w górach, nie widząc ich.
Z Troodos ruszyłyśmy na drugi koniec Cypru tj, do Ayia Napa, gdzie miałyśmy nasz ostatni nocleg. Niestety potwierdziło się po raz kolejny, że luty to nie jest turystyczny miesiąc, większość restauracji jest zamknięta, wiec musiałyśmy się zadowolić kuchnią wschodnią (tj, chińczykiem). Byłam jednak tak głodna, że było mi bardzo wszystko jedno.
Ostatniego dnia zwiedziłyśmy jeszcze Most Miłości, który pięknie prezentował się na tle turkusowego morza, co ciekawe, mimo, że jest to naturalna formacja to i tam znalazło się miejsce aby zakochani mogli przypinać swoje kłódki. Zawsze mnie wtedy zastanawia i le taki par faktycznie przetrwało :).
Potem podjechałyśmy do jaskini na Cape Greco gdzie przeszkadzałyśmy w sesji pewniej pary młodej :) Niestety para młoda nie załapała się na zdjęcie...

W drodze do Larnaki zahaczyłyśmy jeszcze na obiad aby zjeść w końcu polecane Meze. Niestety okazało się, że jest to tak duże danie, że jeszcze przydałoby się co najmniej dwóch chłopów żeby to zjeść. No cóż, ale to co się udało zjeść było baaaardzo pyszne. Po powrocie do Larnaki dotarłyśmy do lotniska, gdzie zwróciłyśmy samochód i ok 23 byłyśmy z powrotem w Polsce.
Luty jest bardzo dobrym czasem na zwiedzanie Cypru, jeśli ktoś chce to robić aktywnie (tzn. nie tylko leżąc na plaży).  Pogoda jest bardzo ładna, świeci słońce, temperatura jest w okolicach 10-18 stopni (zależnie od pory dnia). Podsumowując, polecam taką wycieczkę :)

Buka w Dolinie Muminków

Tak tak, wiem mam straszne blogowe zaległości, ale nadrobię je, obiecuje sobie przede wszystkim. Tymczasem zrelacjonuje jeden z moich ostatn...