niedziela, 12 stycznia 2020

Dinger och saker

Na fali mojej ostatniej fascynacji Szwecją oraz zachęcona tanimi lotami (19 zł w jedną stronę!) postanowiłam w przerwie świąteczno - noworocznej właśnie tam się wybrać. Tym razem trochę bardziej na północ, ale wciąż nie taką daleką północ. Lot miałam z Gdańska do Göteborga a powrót z Malmö do Warszawy w Nowy Rok. W związku z tym miałam trochę czasu i możliwości żeby pojeździć po kraju a nie spędzić cały ten czas w jednym miejscu. Zdecydowałam więc odwiedzić trzy miasta Göteborg, Jönköping i Helsingborg.

Göteborg
Do Göteborga przyleciałam późnym wieczorem 27 grudnia (oczywiście lot musiał być opóźniony :) i od razu udałam się do hostelu, który był oddalony od centrum miasta o ponad 2 kilometry (oczywiście cięcie kosztów:) Hostel był po prostu niesamowity i to niestety w tym negatywnym sensie. Po pierwsze organizacja totalnie niezorganizowana tj. jak przybyłam do hostelu to dopiero zaczęło się organizowanie łóżka dla mnie. Miałam mieć nocleg w pokoju 6 osobowym z kobietami, ale niestety w pokoju tym było tylko 5 łóżek i do tego zajętych. Tak więc personel hostelu na szybko zorganizował jakieś dodatkowe łóżko. Plus był taki ze dali mi świeżą pościel (tak to zdanie ma tu znaczenie:) Rano kiedy zrobiło się jasno okazało się że część łóżek jednak była wolna, natomiast na łóżkach tych leżała zużyta pościel a na stoliku w kubku jakaś dziwna substancja.


Miałam trzy noclegi w tym hostelu i postanowiłam obserwować ową dziwną substancję kiedy w końcu wyjdzie z tego kubka, a po drugie czy w ogóle ktoś posprząta ten pokój. Przez trzy dni nic się nie zmieniło, tylko substancja zaczęła zmieniać kolor. Ostatniej nocy do naszego pokoju dołączyła jakaś nowa dziewczyna, która przybyła jakoś późno w nocy. Oczywiście nie dostała nowej pościeli tylko położyła się w jedno z tych zużytych łóżek, ciekawe jakie miała wrażenia jak rano wstała a obok stoi kubek z dziwną substancją :)
Dodatkowo w pokoju była lodówka która chyba nigdy nie była myta albo coś w niej zakończyło żywot dawno temu, za każdym razem gdy się ją otwierało trzeba było porządnie wietrzyć pokój.


Oczywiście, hostel to nie jedyne moje wspomnienie z Göteborga. Samo miasto wydało mi się typowe dla miast skandynawskich, bardzo dużo przestrzeni, wody i parków. Szczególnie podobały mi się parki.
Park Keillers znajduje się po północnej stronie rzeki Göta älv, w parku znajduje się dużo górek na które można wejść i popatrzeć na miasto z góry.  Chociaż tam nie było najładniejszego widoku na miasto, to można było zobaczyć inne ciekawe rzeczy jak np. ten pomnik:


Jak widać na złączonym obrazku pogoda typowo jesienna i ani grama śniegu.
Slottskogen to z kolei park po południowej stronie rzeki. W środku tego parku znajduje się miejsce gdzie można oglądać różne zwierzęta. Mi się udało zobaczyć kilka z nich, w tym między innymi moje ulubione owce :)

Wracając z Slottskogen natknęłam się na jakąś górkę, która na mapie oznaczona jest jako Skansen Kronan i tam znalazłam najlepszy widok na miasto jaki widziałam w tej edycji. Oto on:


W Göteborgu miałam też możliwość przejechania się szwedzkim tramwajem. Nie różnił się ona znacząco od tych w Polsce, może poza tym że tam przystanki są na żądanie wiec jak nie klikniesz guziczka to możesz jeździć i jeździć.


Wieczorny widok rzeki Göta älv:


Jönköping
Następnym miastem jakie postanowiłam odwiedzić było oddalone o ok. 140 km Jönköping. Droga autobusem zajmuje niecałe 2 godziny, ja akurat jechałam autobusem Bus4You, który działa podobnie jak Flixbus. Byłam z siebie dumna bo nawet zrozumiałam co kierowca do mnie powiedział ... po szwedzku :)
Jönköping szczególnie zainteresowało mnie ze względu na znajdujące się tam muzeum zapałek. Niestety, znowu mam nauczkę żeby sprawdzać wszystko wcześniej bo okazało się ze akurat w okresie  świąteczno - noworocznym jest ono zamknięte, ale co tam, popatrzyłam sobie na nie z zewnątrz :)

Przy tej okazji przypomniało mi się przykre przeżycie z czasów szkoły podstawowej, kiedy to moja nauczycielka od geografii wyśmiała mnie jak napisałam że w Szwecji produkuje się zapałki. Hmm... ktoś tu się chyba nie douczył.
Oczywiście nie mogłam ominąć jakiegoś parku wiec i tu odwiedziłam jeden tj. Stadspark, gdzie znalazłam całkiem fajny widok na miasto:

Niecałe 6 km od Jönköping znajduje się inne znane miasto szwedzkie, a mianowicie Huskvarna. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym go nie odwiedziła, więc wybrałam się tam piechotą wzdłuż brzegu Jeziora Vättern (drugiego co do wielkości jeziora w Szwecji). Spacer był bardzo przyjemny i widoki całkiem miłe:



Sama Huskvarna jakaś super nie była (przynajmniej mi się najmniej podobała z tego co do tej pory w Szwecji widziałam) ale widziałam fabrykę Husqvarny i fabrykę - muzeum, tyle mi wystarczy :)


Po powrocie do Jönköping odwiedziłam jeszcze chyba najbardziej tam znany kościół czyli Sofiakyrkan. W kościele można zrobić sobie np. ciepłą herbatę, a gdyby ktoś się zastanawiał jak brzmi 10 przykazań po szwedzku to mniej więcej tak:


Wieczorem wybrałam się na wycieczkę z pewnym miłym Szwedem wokół jeziora Munksjön. Niestety nie mam zdjęć bo było ciemno i w sumie to pewnie niewiele byłoby widać tylko wodę i wodę :) Obecnie w Jönköping bardzo dużo się buduje, wiec nie miałam możliwości iść cały czas nad brzegiem, ale może wrócę tam kiedyś i wtedy całą droga będzie dostępna:)

Kolejny dzień był najładniejszym dniem pod względem pogodowym podczas tego pobytu w Szwecji. Ostatni dzień w roku, który przyszło mi spędzić w Helsingborgu. Przejazd z Jönköping  do Helsingborga postanowiłam sobie zorganizować szwedzkimi liniami kolejowymi z dwiema przesiadkami w Alvesta i w Hässleholm (nästa Alvesta:). W Alvesta byłam ok 40 minut i starczyło mi to na szybki przegląd co jest w mieście, kupiłam sobie nawet książkę po szwedzku, którą mam zamiar przeczytać. W Hässleholm byłam chyba z 10 minut i tyle musiało mi starczyć na przesiadkę, może następnym razem zobaczę co tam jest:)


W Helsingborg trafiłam do ciekawego kościoła Santa Maria kyrka gdzie można znaleźć szwedzką ścianę płaczu:

Poza tym znalazłam taką informację na Wikipedii:
"Kościół Mariacki w Helsingborgu był pierwszym w Szwecji, który zaproponował zbieranie ofiar pieniężnych na tacę za pośrednictwem karty kredytowej" vad kul!!
W Helsingborgu też oczywiście musiałam wejść na jakąś górkę i zrobić zdjęcie  miasta:


Korzystając z pięknej pogody zrobiłam sobie jeszcze szybki spacerek nad morze po czym udałam się na miejsce gdziem miałam spędzić ostatnią noc w roku.




Nocleg miałam oddalony o ponad 6 km od centrum miasta czyli w sumie już prawie poza miastem :) I to był najlepszy wybór w tym roku, w vandrahem który sobie wybrałam było bardzo mało osób więc cisza i spokój, a do tego blisko plaży, po prostu wymarzone miejsce - chyba już wiem gdzie spędzę następnego Sylwestra :) Dodatkowo panował jeszcze świąteczny klimat więc mogłam się nacieszyć choinką której w tym roku nie miałam...  Najlepszy Sylwester ever!!!


Pierwszy dzień Nowego Roku postanowiłam zacząć od spaceru wzdłuż brzegu z mojego vandrahem do centrum Helsingborga. Wbrew pozorom dużo ludzi już było na nogach, chociaż większość pewnie jeszcze odpoczywała po imprezach. Z Helsignborga miałam autobus do Malmö skąd miałam wieczorem samolot powrotny do Warszawy.



W Malmö byłam ok 2-3 h, wiec zrobiłam sobie szybki spacerek. Bardzo miło wspominam to miasto, dlatego też zawsze bardzo chętnie je odwiedzę. Dobrze że są tanie loty :)





Samolot z Malmö do Warszawye opóźniony by o ok 2 h, to chyba znak że nie powinnam wyjeżdżać ze Szwecji, ale dzięki temu mogłam sobie jeszcze posłuchać języka. Zawsze trzeba szukać pozytywów:)

Na koniec kilka obserwacji i moich przemyśleń:
 - wbrew temu co wszyscy myślą pogoda była całkiem jesienna, ani grama śniegu i było cieplej niż w Polsce. Jeśli ktoś będzie nadal twierdził że w Szwecji jest zimno, to można mu powiedzieć "You know nothing (i tu jego imię i nazwisko) :)
- trafiłam akurat na poświąteczny czas kiedy wszystko jest przepięknie oświetlone, zarówno miasto jak i domy. Właściwie z 90% mieszkań widziałam gwiazdy w oknach lub świeczniki, pięknie to wygląda. miasta tez są pięknie oświetlone, jakoś w Polsce tak smutniej pod tym kątem. Niestety nie mam dobrego aparatu żeby oddać ten nastrój, tam po prostu trzeba pojechać i zobaczyć na własne oczy.




- nie zwróciłam na to wcześniej uwagi ale w Szwecji są specjalne sklepy gdzie można kupić tylko alkohol. Oczywiście odwiedziłam jeden z nich :)


- w Szwecji bardzo popularne jest zjawisko "bonus familj" nasze polskie patchworkowe rodziny. Wydaje mi się że ludzie podchodzą tam do takich spraw bardziej na luzie niż w Polsce i bez problemu przyznają się że mają już jakieś dzieci i szukają kolejnej żony/męża. Normalne :)


- w Göteborgu miałam okazję spotkać Serba który mieszka tam już od 5 lat. On nie znał angielskiego a ja znam tylko trochę szwedzki, ale mimo to jakoś się dogadaliśmy! Okazało się że po ok 3 miesiącach nauki jestem w stanie sklecić jakieś sensowne zdanie! Vad kul!!! :)
- 2019 rok to był absolutnie słaby rok dla mnie, poza kilkoma chwilami radości które zdarzały mi się przede wszystkim w podróży. Oby dinger och saker były dla mnie lepsze w 2020 a już na pewno chcę więcej fikać!:)

niedziela, 22 września 2019

Czy można się nawrócić w tzw. Ziemi Świętej?

Izrael i Palestyna zawsze wzbudzały we mnie skrajne uczucia. Z jednej strony kojarzyły mi się z przytulną szopką gdzie narodził się Jezus, z drugiej strony ze strefą Gazy, której sama nazwa już powoduje gęsią skórkę. Trochę czasu zbierałam się żeby tam pojechać, po kilku nieudanych próbach w końcu udało się wybrać do tych tajemniczych krajów.

Do Tel Awiwu można teraz całkiem tanio dolecieć Wizzairem, lot trwa ok 3 h 20 minut. O tej porze roku jest tam bardzo ciepło, wiec jakby się tak spiąć to można nawet tylko z małym podręcznym bagażem się wybrać. W samolocie do Tel Awiwu leciało z nami kilku tzw. ortodoksyjnych żydów, którzy wyglądali jak Skrzypki na Dachu. Strasznie się wiercili i łazili po samolocie, aż załoga musiała ich uspokajać. Nawet gdy świeciły się ikonki o konieczności zapięcia pasów oni w ogóle nic sobie z tego nie robili i nadal urządzali spacery. Bardzo ruchliwy naród.

Podczas mojego tygodniowego pobytu udało mi się zwiedzić najbardziej znaczące miejsca, ale też poleżałam trochę na plaży, a co należało mi się w końcu. Tak więc po kolei miejsca w których byłam i moje wrażenia.

JEROZOLIMA
- Grób Pański - to przede wszystkim bardzo długa kolejka z długim czasem oczekiwania na kilka sekund przy grobie. Czasu na modlitwę nad grobem pilnuje jakiś człowiek i nie pozwala nikomu siedzieć nad nim dłużej niż chwila. W sumie spoko praca, stoi tylko i macha, że można wejść a potem stuka w ścianę żeby trzeba już wyjść
- ściana płaczu - nie mam pojęcia jak tam w ogóle można się skupić, kupa ludzi, gorąco i w ogóle jakoś tak niesprzyjająco. 48 m ściany przeznaczona jest dla mężczyzn, a tylko 12 m dla kobiet. A podobno to kobiety więcej płaczą...


- dzielnica Me’a Shea’rim - tu mieszkają ultraortodoksyjni Żydzi, tacy właśnie jak ze Skrzypka na Dachu. Przez dzielnicę przejeżdżałam nocą, żeby lepie im się przyjrzeć. Wyglądają ... ciekawie.
- góra Oliwna - na górze Oliwnej jest super punkt widokowy na cała Jerozolimę, co oczywiście udało mi się ująć na zdjęciu. Może nienajlepsze, ale to po prostu trzeba zobaczyć na żywo.


 - Masada / Qumran - nie bardzo pamiętam co się wydarzyło w tym miejscu i dlaczego jest ono ważne, generalnie jest ot wzgórze na które wjeżdża się kolejką a z góry można zobaczyć piękny widok na Morze Martwe.

MORZE MARTWE
To było naprawdę ekscytujące przeżycie, szczególnie gdy woda dostanie się do oczu :) warto mieć ze sobą butelkę słodkiej wody, bo bez tego może być naprawdę ciężko. Oczywiście musiałam skorzystać z kąpieli błotnej, która bardzo dobrze działa na skórę a także na włosy. Po wypłukaniu w wodzie z Morz Martwego nie myłam się przez kolejne kilka godzin aby wzmocnić efekt pielęgnacyjny - naprawdę warto. Tak bardzo mi się spodobało, że aż zakupiłam dwa worki błota na wynos - podobno błoto drobnomielone...


Gdy pływałam sobie w morzu w oddali widziałam mnóstwo czarnego dymu, jak się potem okazało często zdarzają się tu samozapalenia samochodów pod wpływem wysokiej temperatury. Trochę nieswojo się poczułam gdy się o tym dowiedziałam, na szczęście udało mi się tym razem nie spłonąć.

PALESTYNA
- takie rzeczy w Palestynie, chyba nie ma co komentować :)



- Betlejem - no i upadło moje wyobrażenie o szopce, gdzie urodził się Jezus. Zamiast tego urodził się  on w jakiejś dziurze w ziemi, gdzie wcale nie było aż tak zimno jak to głoszą rzewne polskie kolędy. Ja się tam przynajmniej spociłam.

TEL AWIW
- najciekawszą częścią Tel Awiwu jest tzw. stara Jaffa, trochę takie ichniejsze stare miasto. Zwraca tam uwagę zamiłowanie do znaków zodiaku, gdyż można tam spotkać ulice, fontannę, most i pewnie jeszcze wiele nieodkrytych przeze mnie rzeczy nawiązujących do poszczególnych znaków zodiaku.

Pisces, not Fish!!!
- nie mogłam się oprzeć żeby nie wleźć na palmę, na szczęście udało mi się nie zostać złapanym przez izraelską policje, choć stresik trochę był :) Z drugiej strony ciekawe co grozi za takie wybryki...
Langusta na Palmie :)
Zawsze chciałam to zrobić
- w Tel Awiwie istnieje część wydzielona plaży ogrodzona wysokim płotem. Jak zdążyłam się zorientować była to część plaży przeznaczona tylko dla ortodoksyjnych Żydów i nikt inny nie ma tam wstępu
- jazda autobusem w Tel Awiwie jest dość przygodowa dla osób które nie znają alfabetu hebrajskiego lub arabskiego, wszystkie rozkłady jazdy były jak poniżej, tak wiec trudno zgadnąć gdzie się dojedzie, no risk no fun!

INNE OBSERWACJE I WNIOSKI
- w Izraelu nie trzeba wymieniać pieniędzy na ichniejszą walutę, można spokojnie płacić w dolarach. Money is money. Przyjmują wszystko jak leci, nawet jakieś stare dolarówki, których w niektórych państwach już wymienić się nie da. A tak w ogóle waluta Izraela to szekl popularnie zwany szakalem
- jedzenie jest cudowne, w sumie jadłam cały czas kebaby na zmianę z falafelami, ale to były naprawdę przepyszne rzeczy. A jak jeszcze dogadacie się z jakimś lokalsem to możecie załapać się na taki oto pyszny hummus domowej roboty:

- w 2019 roku w Tel Awiwie odbywał się finał konkursu Eurowizji. Co prawda było to w maju, ale nadal jeszcze występują elementy deklaracyjne po tym wydarzeniu.
- Tel Awiw generalnie jest dość wyluzowanym miastem, tęczowy kolor można tu znaleźć wszędzie tak samo jak zioło można poczuć wszędzie, miasto dla uciech cielesnych w sam raz. W Jerozolimie natomiast można popracować nad swoją duchowością - kraj do tańca i do różańca, full pakiet.


Podsumowując, odpowiedź na zadane w temacie pytanie brzmi: zależy czego szukasz...

czwartek, 4 lipca 2019

Kto nie ma w głowie to ma w nogach...

... a bieg do samolotu czasem musi być.

O mały włos by do tej wyprawy nie doszło, no może nie aż taki mały...ale gorąco było.

Zwykle w okolicach dłuższego wolnego wszyscy się nawzajem pytają, co będą w tym czasie robić. Miałam w głowie plan, ale niestety jak to czasem bywa z powodu pracy, nie wyszedł. Stwierdziłam więc że pojadę gdziekolwiek gdzie znajdę najtańsze bilety. Ponieważ czasu było mało i kierunki zawężone, padło na najbardziej popularny kierunek ostatnio, czyli północ. Szybko więc kupiłam bilety do Malmö i jeszcze szybciej, bez żadnego konkretnego planu, postanowiłam że zobaczę w końcu Mała Syrenkę w Kopenhadze. I to był jedyny punkt, który na pewno chciałam zobaczyć, resztę postanowiłam odkryć.

Wylot miałam z Gdańska o 9:30 rano, zakupiłam więc bilet na busa do Gdańska, aby zawiózł mnie na sensowną godzinę, abym mogła zdążyć. Zostałam elegancko podwieziona na dworzec, autobus wg planu miał odjeżdżać za jakieś 20 minut. Czekałam sobie więc cierpliwie na autobus i gdy w końcu podjechał, szybko do niego ruszyłam żeby zająć sobie najlepsze miejsce. No i tu czekała mnie niespodzianka, gdyż okazało się, że kupiłam bilet ... na dzień wcześniej! Nie wiem jak to zrobiłam, samej mi się śmiać chciało z tego, ale z drugiej strony szybko musiałam coś kombinować, żeby jednak do tego Gdańska dojechać. Na szczęście był jakiś pociąg, który wg planu dowiózłby mnie na jakieś 40 minut przed odlotem na lotnisko. Do tego dochodził jeszcze czas przy bramkach i poszukiwanie odpowiedniego gate (jak zwykle, tak jak się spodziewałam, mój gate był na samym końcu lotniska). Podsumowując, szansa że zdążę była mała, ale jednak była, wiec czemu nie zaryzykować. W najgorszym wypadku zostałabym sobie do niedzieli nad polskim morzem, w sumie też fajnie. Na szczęście udało się, w ostatniej chwili dobiegłam do gate i udało mi się załadować do autobusu wiozącego ludzi do samolotu. To już kolejny raz kiedy biegłam do samolotu w tym roku, zdarzyło mi się to już w Maroko, tyle że tam nie z mojej winy, ale z nieogarnięcia ludzi na lotnisku. Ostatecznie jednak udało mi się załadować do samolotu i ruszyć na szwedzko - duńską przygodę.

Lot do Malmö z Gdańska trwa ok 40 minut, nie jest więc jakiś mocno uciążliwy. Z lotniska w Malmö do centrum miasta można się dostać między innymi autobusami linii Flygbussarna, są one dość charakterystyczne bo w tęczowym kolorze :)

W Malmöwysiadłam na dworcu centralnym, który znajduje się z jednej strony nad wodą z drugiej bardzo blisko głównego placu w Malmö, zwanego Stortorget z Karl X Gustav staty.


Na początek ruszyłam do centrum miasta, żeby ogólnie dobie obejrzeć co tam jest, i okazało się, że to bardzo fajne, małe, czyste miasteczko. Cudowna odmiana po gorącej zatłoczonej Warszawie, naprawdę można psychicznie odetchnąć. Dużo tam jest parków z fajnymi roślinami i ciekawych pomników. W sumie nie było tam nic konkretnego co mnie zachwyciło, po prostu całość jest niesamowita.





A w tle sentymentalna apteka :) 



Oczywiście nie pamiętam jak się te miejsca nazywały, po prostu biegałam po mieście jak oszalała, kilkukrotne przekraczając dzienny limit kroków narzucony mi przez aplikacje.

Kolejnego dnia wybrałam się do Kopenhagi pociągiem. Jedzie się ok 40 minut i też dojeżdża się do samego centrum miasta. Wg mnie w Kopenhadze jest bardziej jak w Warszawie, tak więc i podobało mi się mniej. Bardzo dużo turystów i tak jakoś mniej klimatycznie. Jest oczywiście dużo zabytków do obejrzenia i naprawdę duże wrażenie zrobiło na mnie miejsce niedaleko Małej Syrenki, czyli tu:


Nie wiem jak to się oficjalnie nazywa, ale bardzo fajne miejsce. Np. takie ciekawe rzeczy tam są:





Oczywiście spełniłam też swoje marzenie, czyli spotkałam się z Małą Syrenką ;)

Den Lille Havfrue och Lilla Slyna 

Oczywiście, przez Kopenhagę też biegałam jak opętana, by zobaczyć jak najwięcej. Trafiłam nawet do jednego "parku" gdzie ludzie sobie spokojnie jeździli rowerem i biegali. Ale im głębiej w park tym więcej grobów, i okazało się że to ... cmentarz! Wyobrażacie sobie kogoś biegającego w skąpym ubraniu np. po Powązkach? Może będę pierwsza :)






Kopenhaga jednak dość mnie zmęczyła właśnie tym nadmiarem ludzi, więc po półtora dnia wróciłam do Malmö, bo tam jakoś lepiej :)

Ostatniego dnia miałam jeszcze okazję spotkać moją koleżankę Asię, która mieszka w Malmö i w okolicach już chyba z 10 lat. Wybrałyśmy się razem na plażę, powspominałyśmy, powymieniałyśmy się niusami itp. Po spotkaniu bez większych już problemów wróciłam do Gdańska, a potem do Warszawy.

Bardzo miło będę wspominać ten wyjazd, bo tak naprawdę to nieważne gdzie jesteś, to zawsze inni ludzie pozostawiają w tobie najlepsze wspomnienia :)

Podsumowując, kilka faktów i moich przemyśleń po tym wyjeździe:
- w języku szwedzkim o wiele łatwiej jest wyłapać poszczególne słowa, które wypowiadają, w duńskim wszystko brzmi jak taki potok bez przystanków,
- w Malmö nie można kupić Surströmming, czyli kiszonych śledzi w sklepach, podobno trzeba specjalnie zamawiać przez internet, za to można kupić inne ciekawe rzeczy, których nie ma w Polsce,
- w Szwecji bardzo popularny jest tzw. snus czyli taka trochę alternatywa dla papierosów, trujesz tylko siebie, a nie innych, na dodatek nawet dobrze pachnie, sprawdza się obecnie jako odświeżacz do szafy,
- w Kopenhadze w pokoju koedukacyjnym na 8 osób byłam jedyna płcią żeńska, mimo to ciężko mi było wygrać walkę o zainteresowanie któregokolwiek ze współlokatorów z ich telefonem, cóż takie czasy, albo ja za bardzo skandynawska,
- kupowanie tabletek na zatwardzenie nadal pozostaje najbardziej żenującą rzeczą jaką można zrobić w aptece,
- ludzie są tu bardzo mili i zawsze uśmiechnięci, i chyba z ogóle tacy sczilowani, a jak próbujesz coś powiedzieć w ich języku to już w ogóle się strasznie cieszą,
Mam jeszcze dwie refleksje polityczne, ale ponieważ jest to miejsce apolityczne zachowam je dla siebie. "Welcome to Sweden" zastępuję "Sweden, I believe in you".
Na koniec taka ciekawostka, akurat trafiłam tam na czas tzw. Midsommar, którego symbolem zdaje się jest tzw. Słup Majowy, który wygląda mniej więcej tak:

Buka w Dolinie Muminków

Tak tak, wiem mam straszne blogowe zaległości, ale nadrobię je, obiecuje sobie przede wszystkim. Tymczasem zrelacjonuje jeden z moich ostatn...