sobota, 20 stycznia 2024

Co cię nie zakili to cię wzmocni cz. 1

To miał być bardzo krótki wpis dokumentujący drogę od marzenia do wspomnienia, i same cudowne rzeczy miały tu być. Niestety, życie jest nieprzewidywalne i nie same dobroci nas spotykają. No, ale po kolei...

Kilimanjaro - jeszcze dwa lata temu nie spodziewałam się, że zdecyduję się na tak szaloną wyprawę, aby zdobyć najwyższy szczyt Afryki. Co prawda, po zdobyciu Tubkala miałam myśli, że stać mnie na więcej, ale że aż tak... Aż do momentu gdy zobaczyłam zdjęcie mojego znajomego, który się chwalił, że właśnie tam wszedł. Porównując w głowie moja kondycję i zdolności do jego stanu stwierdziłam, że w sumie nie może być tak źle. Widząc, że każdy pozuje na szczycie z uśmiechem stwierdziłam, ej no ja też chcę takie zdjęcie. 

Od marzenia do planu

Marzenie marzeniem, ale trzeba zmienić je w plan, żeby zrobić miejsce nowym marzeniom. Przez jakieś półtora roku myślałam jak zrobić to najlepiej, czy iść samemu, czy znaleźć grupę, a może to jakaś grupa znajdzie mnie. Zawsze coś dzieje się po coś, nie inaczej mogło być tym razem. W kilka tygodni po mojej wizycie w Kirgistanie, jedna z dziewczyn, które tam poznałam rzuciła temat wyjazdu. Oczywiście go podjęłam, nie mając nawet pewności czy uda mi sie dostać urlop itp. Jak jest już okazja to trzeba ją cisnąć. Po długiej korespondencji mailowej ustaliliśmy skład grupy wyjazdowej oraz termin. Tak więc jest nas 5, fabulous 5, tj. ja, dwie dziewczyny które poznałam w Kirgistanie czyli Kasia i Magda, znajoma z pracy Kasi Zuza i jej mąż Greg. Termin przełom stycznia i lutego, dość niewygodny ze względu na moją pracę, ale mam bardzo dobra szefowa, która pozwoliła mi na to szaleństwo ❤️

Przygotowania

Zanim podjęłam poważne przygotowania, powstał plan żeby się w ogóle poznać. Kasie i Magdę znałam, natomiast Zuza i Greg to nie wiadomo kim są i czy w ogóle będę w stanie z nimi się dogadać. Ponieważ mieszkają oni w Krakowie, a ja w Warszawie, specjalnie z tej okazji wybrałam się w wycieczkę na jeden wieczór. Okazało się, że moje obawy o dogadanie się rozwiały się w 5 sekund. To naprawdę fajni ludzie, a cała wyprawa zapowiadała się niesamowicie.

Po tym spotkaniu zaczęłam coraz poważniej myśleć o wyprawie, zbierać sprzęt, ubrania itd. Tak minęło trochę czasu, aż w końcu nadszedł ten wyczekany moment...

Wyjazd 

Najtańszą opcją biletową okazała się podróż z Wiednia, z przesiadką w Istambule, Dar es Salaam i ostatecznie lądowanie na lotnisku Kilimanjaro, tuż u stóp tej pięknej góry. Cały lot przebiegł bez większych problemów, żaden lot się nie opóźnił, wszystkie bagaże doleciały. Nie było to takie oczywiste, bo mniej więcej dwa tygodnie przed naszym wylotem znajomy, który też wybierał się na Kilimanjaro, miał straszne problemy z overbookingiem w jednej z linii oraz zgubionym bagażem. Pierwszy nocleg przed wyprawą mieliśmy w hotelu w Moshi, a na drugi dzień ruszaliśmy już w naszą przygodę!

Fabulous 5 :)

Trekking, czyli to co lubię najbardziej

Trasa jaką wybraliśmy nazywa się Machame Route i jest to podobno najpopularniejsza i najbardziej widowiskowa trasa na szczyt. Cały trekking miał nam zająć 6 dni (absolutne minimum dla takich turystów jak my). Kilimanjaro znajduje się na terenie parku narodowego i nie ma tam możliwości spacerować samemu, tylko z przewodnikiem oraz porterami, którzy pomagają nosić bagaż. Można by się bez nich obejść, ale prawnie nie ma takiej możliwości. No i spoko, niech sobie zarabiają, osobiście nie mam nic przeciwko takiemu układowi. Firma obsługująca nasz trek nazywa się Kilimanjaro Heroes Adventures i naprawdę mogę ich z czystym sumieniem polecić. Nasi przewodnicy to Mwinyi, Nyokka i Calvin. Najlepsi jacy mogli być, ale o tym potem.

Jak Amba w pacierzu 

Zanim ruszyliśmy w drogę, cały team nam towarzyszący, czyli przewodnicy i porterzy odśpiewali i odtańczyli dla nas kilka piosenek o Kilimanjaro. Z tego zapamiętałam głównie słowo Amba, które w Swahili nic konkretnego nie znaczy i jest to raczej taka przyśpiewka typu nasze "lalala", ale zapadło mi to w pamięć i często jak ktoś coś mówił odpowiadaliśmy: Amba. 

Trasa nasza zaczęła się przy Machame Gate (1 640 m npm), gdzie musieliśmy odczekać chwilę, zanim dostaliśmy wszystkie pozwolenia na wejście. Przy wejściu spotkaliśmy kolegę z Polski Szymona, który miał jakąś dziwna akcje ze swoją agencją i w rezultacie szedł sam. Jak się potem okazało przygarnęliśmy go do siebie i stał się szóstym członkiem naszego teamu. Przy Gate spotkałam również swoją znajomą z wyjazdu na Islandię, czyli Wiolę. Też szła na szczyt, ale chyba jakąś dłuższą trasa bo już później jej nigdzie nie spotkałam. Ciekawe jest to, że większe prawdopodobieństwo jest spotkania kogoś znajomego za granicą niż w Polsce :)

Pierwszego dnia szliśmy przez las do campu Machame, który znajduje się na wysokości 2 850 m npm. Był to raczej spacerek po lesie, i oczywiście jak na rain forrest przystało musiał nas zmoczyć deszcz.

Jako, że porterzy idą zwykle szybciej niż turyści, w campie czekały już na nas rozłożone namioty oraz kolacja. Przed kolacją oczywiście mycie w misce z ciepłą wodą. Za bardzo się tam nie szorowałam, tylko ręce i zęby, resztę dopełnił mokry papier toaletowy. Podczas kolacji mieliśmy obowiązkowe badanie naszych parametrów życiowych w celu weryfikacji jak adaptujemy się do wzrastającej wysokości. Parametry te obejmowały min. saturację, bóle głowy, biegunkę, wymiotowanie itp. objawy towarzyszące chorobie wysokościowej. Tej nocy spałam bardzo dobrze, nawet gadający ludzie mi nie przeszkadzali, zwłaszcza że rozmawiali w Swahili, więc nawet nie mogłam podsłuchiwać :)

Jeszcze zadowoleni i pełni sił :)

Kolejnego dnia przemierzyliśmy dalsze 1 000 m pod górę aby zakończyć dzień w Shira 2 Camp na wysokości 3 810 m npm. Nic specjalnego się tego dnia nie działo oprócz tego, że mijaliśmy coraz pewną grupę Polaków, było ich chyba ze dwadzieścia osób. Raz my ich raz oni nas, i tak nam minął dzień :) Zanim wyruszyliśmy rano, Mwynyi dał mi swoją pelerynę od deszczu z maratonu paryskiego, bo poprzedniego dnia miałam tylko swoją kurtkę, która niestety już przemaka. Miałam okazję ta pelerynę użyć. 

Trzeci dzień to kolejne wyzwanie, tym razem zaczęło się robić poważnie, bo po raz pierwszy przekroczyliśmy granicę 4 000 m npm. Nasz kolejny nocleg miał mieć miejsce w Barranco Camp (3 976 m npm), ale zanim tam dotarliśmy zaliczyliśmy ponadgodzinna aklimatyzację na Lava Tower (4 630 m npm). To już ten level, gdy zaczyna padać śnieg i czuję się, że to jednak nie będzie a piece of chocolate cake.

Jeszcze stoimy :)

W miarę schodzenia z Lava Tower do Baranco, śnieg zaczął zmieniać się w deszcz i lało całkiem konkretnie. Na szczęście jeden z naszych przewodników poratował mnie swoją peleryna, więc jakoś mocno nie zmokłam, tylko moje rękawiczki ociekały woda i rękawy od kurtki. Rękawiczki suszyłam cały wieczór bo kolejnego dnia zapowiadało się, że będę ich dużo używać.

Czwartego dnia ruszyliśmy w stronę Karanga Camp na wysokości 3 995 m npm. Różnica niewielka w porównaniu do do poprzedniego noclegu, ale droga wcale nie taka płaska. Najpierw musieliśmy wspinać się na ścianę, prawie pionowa, więc sporo podejścia pod górę w dość krótkim czasie. Nawierzchnia trochę jak w naszych wysokich Tatrach, czasami kombinowanie gdzie postawić stopę, takie trasy lubię najbardziej. Warto było jednak, bo na samej górze tej ściany czekał na nas przepiękny widok na Kili. 



Po tej wspinaczce czekało nas jednak dość ostre zejście w dół, nie wiem ile dokładnie było to metrów, dla mnie chyba z 5 tys. Kolana mi się prawie rozeszły, ale ostatecznie dałam radę. Po takim ostrym zejściu w dół, jeszcze trochę w górę i jesteśmy na miejscu!

Już w pozycji półleżącej :)

Po odpoczynku w Karanga, ruszyliśmy do base campu, czyli Barafu Camp na wysokość 4 673 m npm. Drogi tej nie pamiętam, chyba nic spektakularnego się tam nie działo, ale po zdjęciu na koniec widać, że mnie nieźle ta trasa zmęczyła :)

Znajdź mnie, już tylko pozycja leżąca :)

Po przybyciu do Barafu Camp mieliśmy chwilę na odpoczynek i na drzemkę. W tym campie mieliśmy dość daleko łazienkę i jak normalnie nie jest to problem tak tutaj każda wyprawa kończyła się zadyszka. Po zbadaniu naszych parametrów okazało się, że wszyscy kwalifikujemy się jako potencjalni zdobywcy szczytu. Trzeba było więc udać się na krótkie spanko, gdyż jeszcze tej nocy czekał nas atak na szczyt!


Piątek piateczek piatunio

Około godziny 11:30 wieczorem zostaliśmy zbudzeni aby ruszyć na szczyt. Zgodnie z zaleceniem naszych przewodników ubrałam się w sześć warstw na górę i cztery na dole. Można pomyśleć, że to przesada, ale jak się potem okazało wcale nie. Noc była piękna, bezchmurna, jasna bo tuż przed pełnią księżyca. Szybko zjedliśmy małe "śniadanie" i ruszyliśmy w drogę. Zaleca się zjeść mało, bo dochodząc na szczyt łatwo można zwymiotować, więc nie ma co dodatkowo obciążać żołądka. Na początku szło się bardzo dobrze, nie trzeba było czołówek, bo trasa była pięknie oświetlona przez księżyc. Szliśmy dość sprawnie, mijając po kolei inne grupy turystów. To jest bardzo duży minus wypraw na Kili, że czasami te grupy są dość duże do 30 osób, więc jak wyleci się z kolejki na szczyt to potem trzeba długo czekać, aż cała karawana przeminie. Im wyżej, tym czekanie było coraz gorsze bo robiło się coraz zimniej. Ok 5 000 m npm zaczęły się u mnie problemy z oddechem, stał się on coraz szybszy i potrzebowałam coraz chwili oddechu, żeby uzupełnić tlen. Niestety na tej wysokości powietrze jest na tyle rozrzedzone, że dosłownie walczy się każdy pełny oddech. Dodatkowo, brak tlenu spowalnia pracę mięśni, które są niedotlenione i każdy kolejny krok staje się coraz cięższa walką.
Tym bardziej byłam pełna podziwu dla naszych przewodników, którzy idąc w takich warunkach są jeszcze w stanie śpiewać piosenki o Kili i wydawać z siebie dość głośne dźwięki. Co prawda mają oni większe doświadczenie, ale też z tego co mówili, nie zawsze są w stanie dojść na szczyt. Trzeba jednak przyznać, że te ich śpiewy robiły klimat i dla mnie były dodatkowa motywacją żeby iść, iść, iść...

Wschód słońca zastał nas gdy zbliżaliśmy się już do Stella Point na wysokości 5 756 m npm. Niektórzy uważają, że jak się tam dotrze to można powiedzieć, że się weszło na szczyt. Ja jednak bardzo bym żałowała, że tu skończyłam więc postanowiłam cisnąć dalej. Na wszelki wypadek zrobiłam sobie zdjęcie gdybym jednak nie dała rady. Idąc ostatnia prostą na Uhuru Peak prawie umarłam, krok za krokiem, powolutku, niby tylko 100 m w górę, ale w takim stanie to jak milion metrów. Szłam, chwiejąc się i prawie przewracając, aż jeden z naszych przewodników Calvin pomógł mi utrzymać równowagę i dosłownie zaciągnął na szczyt. Gdy dotarłam na szczyt poczułam taka radość a jednocześnie zaczęłam płakać, że to już koniec. Odzyskałam też trochę siły i byłam w stanie nawet machać nogą na szczycie :)



Jak się wlazło to trzeba też zejść

Na początku zejście wydawało mi się o wiele łatwiejsze niż wejście, szło mi się całkiem sprawnie. Niestety schodzenie to nie jest moją ulubioną czynność w górach więc z czasem stawało mi się coraz ciężej i ciężej. Dodatkowo znać dawało o sobie zmęczenie. Pod sam koniec zejścia prawie już płakałam, tak bardzo miałam dość i tylko marzył mi się namiot i spanko. Gdy już dotarliśmy do campu z ulgą zrzuciłam wszystkie warstwy i w tym samym momencie zasnęłam. Po kilku godzinach obudziło mnie wzywanie na obiad, sama nie wiedziałam czy chce mi się jeść czy wolę spać, ale ostatecznie się zmusiłam do wstania. Tego dnia czekało nas jeszcze ponad kilometr w dół, do naszego ostatniego campu, czyli Mweka Camp (3 068 m npm). Po obiedzie szybko zebraliśmy się do drogi żeby zdążyć przed zachodem słońca. Dalsze zejście było już łagodniejsze niż z Kili, ale ja marzyłam aby tylko się jak najszybciej skończyło.
Gdy dotarliśmy do Mweka Camp stwierdziłam, że moje stopy w końcu po sześciu dniach mogły by się umyć. Jaka to była dla nich ulga to rzadko kiedy taka odczuwam. Po kolacji mimo zmęczenia długo nie mogłam usnąć. Nie pomagał też fakt, że obok mnie rozłożyli się ludzie i rozmawiali tak głośno, że miałam wrażenie jakby byli ze mną w namiocie. Chyba za dużo wrażeń jak na jeden dzień, ale ostatecznie usnęłam.

Ostatnia prosta wiodła nas kolejnego dnia do Mweka Gate. Znowu cały czas w dół, ale już nawet o tym nie myślałam. W mojej głowie pojawiały się już plany odnośnie tego co będę robić we domu, jak wrócę i na tym się skupiałam. Po przekroczeniu Mwaka Gate zostaliśmy wpisani do księgi zdobywców Kilimanjaro i każdy z nas dostał dyplom potwierdzający nasze osiągnięcia, a także butelkę piwa o nazwie Kilimanjaro :)

Po ceremonii wręczenia dyplomów udaliśmy się jeszcze do pobliskiego sklepu żeby spróbować piwa bananowego. Smak jak drożdże, nie najgorszy, ale też nie jakiś rarytas. Z ciekawości warto spróbować.


Po napiciu się udaliśmy się do naszego hotelu w Moshi, aby w końcu się porządnie umyć i odpocząć. Należało nam się jak rzadko kiedy...


środa, 22 lutego 2023

Paryż zasługuje na róż

Jak już się wielokrotnie w mojej karierze podróżniczej przekonałam, nietrudno namówić mnie na jakieś szalone pomysły. Często powiem "tak", nawet się nie zastanawiając lub nie doczytując czegoś. Jak do tej pory wychodziło mi to na dobre i nie inaczej było w tym przypadku. Pewnego marcowego dnia mój znajomy Niemiec (nazwijmy go Detlef) zadzwonił do mnie i zaproponował: hej a może byśmy tak pojechali do Paryża? będę tam w delegacji, ale może dołączysz na weekend? Nawet się przez moment nie zastanawiałam tylko powiedziałam tak, mając nadzieję, że ceny biletów nie zjedzą wartości moich wydatków na jedzenie. Jak się okazało, bilet powrotny z Paryża kupiłam od razu za "grosze", ale bilet tam to już była większa inwestycja. Po wielu godzinach spędzonych na stronach linii lotniczych w końcu udało mi się dostać sensowną cenę za bilet z Gdańska na lotnisko Beauvais, które jest ok. 100 km od Paryża. Tak więc, mając już bilety można było planować całą wycieczkę. W Paryżu kiedyś już byłam wiec zależało mi głównie na zobaczeniu wieży Eiffla, dlatego też postanowiliśmy, że pojedziemy na północny zachód od Paryża i zobaczymy co tam jest. 

Podróż bez stresu nie ma sensu

Ponieważ wylot miałam z Gdańska, musiałam też ustawić sobie dojazd na lotnisko z Warszawy. Znalazłam idealnie istniejący pociąg, który na czas by mnie dowiózł. Niestety zanim jeszcze do niego wsiadłam, chciałam sprawdzić jakie ma opóźnienie. Nie była to mądra decyzja, bo okazało się, że opóźnienie jest dość spore i istnieje ryzyko, że nie zdążę na lot. Tak więc, zestresowałam się strasznie, ale mimo wszystko postanowiłam cisnąć na ten lot. Najgorsze co by mogło mnie spotkać to weekend w Gdańsku, co wiadomo nigdy nie jest problemem :). Po przybyciu na dworzec okazało się, że internet kłamie i opóźnienie wynosiło tylko 20 min, ale wiadomo zawsze może się to zmienić. Całą trasę do Gdańska martwiłam się czy zdążę, ale okazało się, że pociąg o dziwo nadrobił opóźnienie i był na czas. Szok! Po przybyciu na lotnisko okazało się, że samolot też ma opóźnienie, czyli cały mój stres był bez sensu, bo nawet jak by się ten pociąg opóźnił o tyle co podawał internet nadal bym zdążyła, no ale kto wiedział? Na pewno nie ja. Po wylądowaniu w Beauvais, jak najszybciej musiałam przetransportować się do centrum Paryża, żeby odebrać samochód z wypożyczalni. Detlef już tam był, ale to musiałam być ja, gdyż na mnie jako na wiecznie początkującym kierowcy było wypożyczenie. Za dodatkowego kierowcę była dopłata, a to ja byłam bardziej prawdopodobnym sprawcą wypadku, więc jakby co to samochód musiał być na mnie. Gdy już dostaliśmy nasz samochód, mogliśmy w końcu wyjechać poza tłoczny Paryż.
Nasza super-bryka :)

Dieppe

Postanowiliśmy pozwiedzać trochę francuskie wybrzeże, dlatego naszym pierwszym celem podróży była miejscowość Dieppe. Nic tam specjalnego nie było, pogoda była bardzo pochmurna i widoki takie sobie. Chcieliśmy wejść do jedynej restauracji przy plaży, ale facet popatrzył na nas i stwierdził, że kuchnia już zamknięta. To miejsce było takie "ąę" a my no cóż, jak to podróżnicy... Także myślę, że to nie kuchnia była jednak problemem :)

Wybrzeże w Dieppe

Jako, że wyjazd był planowany jako niskobudżetowy nie mieliśmy oczywiście nigdzie noclegu, jak tylko w samochodzie. Skitraliśmy się wiec gdzieś w jakimś lesie po ciemku, myśląc, że nic dookoła nie ma. Rano obudziło nas potworne zimno i śnieg na przedniej szybie samochodu. Poza tym, po wyjściu na zewnątrz, okazało się, że w około są jakieś budynki i ludzie tam mieszkają. Na szczęście nikt się do nas nie przyczepił i szybko stamtąd odjechaliśmy.

Nasza samochodowa kuchnia i łazienka w jednym :)
Mycie planowaliśmy w publicznych basenach

Fecamp

Kolejnym przystankiem w naszej podróży była miejscowość Fecamp, na zachód od Dieppe. Zanim tam jednak dojechaliśmy, odwiedziliśmy kilka miejsc po drodze, trzymając się jak najbliżej brzegu. Jednym z takich miejsc był położony tuż nad brzegiem kościół Varengeville - sur - Mer otoczony cmentarzem, z którego roztaczał się widok na morze.


Plaża w Fecamp nie różniła się jakoś bardzo od tej w Dieppe, tak wiec nic nowego tam nie zobaczyliśmy. Pogoda nadal się nie poprawiła, było pochmurno, deszczowo i wietrznie.

Wybrzeże w Fecamp

Tej nocy postanowiliśmy przenocować w jakimś budynku, oboje byliśmy przemarznięci i lekko przemoczeni i po prostu mieliśmy potrzebę spędzić tę noc w godziwych warunkach. Znaleźliśmy na szybko jakiś przyzwoity i w miarę tani apartament.
Rano po wyjściu na zewnątrz okazało się, że nasz samochód zniknął. Na początku myślałam, że po prostu nie pamiętamy gdzie go zaparkowaliśmy, ale z biegiem czasu okazało się, że go po prostu nie ma. Pierwszą rzeczą był telefon do wypożyczalni, żeby zgłosić im, że samochodu nie ma i czy czasem nie mają możliwości żeby znaleźć go GPSem. Oczywiście nie mogli, wiec kolejny krok to policja. Na policji wszystko się wyjaśniło, okazało się, że samochód był zaparkowany w miejscu, gdzie kolejnego dnia był cotygodniowy targ i policja go po prostu odholowała na parking, oddalony chyba ze trzy kilometry od tego miejsca. Akurat musieliśmy trafić na ten dzień targowy, każdy inny nie miał by takich konsekwencji. Niestety trzeba było zapłacić stosowną opłatę, wcale nie małą i na dodatek iść na piechotę z bagażem te trzy kilometry, pod górę. Jeszcze oczywiście trzeba było to zrobić do określonej godziny, bo to weekend i nikt za długo nie będzie pracował. Na szczęście udało nam się zdążyć i odebrać samochód, ale straciliśmy cenne pół dnia, podczas którego można było robić przyjemniejsze rzeczy...

Etretat

Trudy poranka wynagrodziła nam jednak piękna pogoda, chmury się już rozwiewały i wyszło piękne słońce. W drodze do Etretat przystanęliśmy na moment, żeby nacieszyć się tą piękną pogodą w miejscowości Yport.


Najlepsze jednak dopiero przed nami. Etretat to moim zdaniem najładniejsze miejsce jakie było nam dane zobaczyć. I to nie tylko ze względu na piękną pogodę, ale także piękne formacje skalne na plaży i długie ścieżki spacerowe. Postanowiliśmy tam zostać dłużej, bo szkoda by było być tam i nie zobaczyć wszystkiego.







Nocleg w Etretat oczywiście znowu w jakimś lesie, ale było o wiele cieplej niż pierwszej nocy i chyba byliśmy tak zachwyceni Etretat, że było nam wszystko jedno gdzie śpimy i czy nas ktoś znajdzie.

Le Havre

Kolejnego dnia ruszyliśmy w kierunku Le Havre, miasta położonego jeszcze bardziej na zachód. Miejscowość niczym szczególnym się nie wyróżniała, pamiętam ją przede wszystkim z długiego wieczornego spaceru wzdłuż plaży i dyskusji o papieżu Benedykcie. Po spacerze oczywiście nocleg w samochodzie, ale tym razem dla odmiany na brzegu morza. Rano jacyś ludzie chodzili tam z psem, ale znowu nikt się nie przyczepił.





Kolejny dzień upłynął nam na powrocie do Paryża. Mieliśmy określoną godzinę na zwrot samochodu, więc dość się spieszyliśmy. Na szczęście udało nam się zdążyć i po oddaniu samochodu mogliśmy w końcu zacząć oglądać Paryż. Oczywiście zanim zwiedzanie, trzeba było się umyć w hostelu i zjeść porządne jedzenie.



W Paryżu chciałam głównie zobaczyć wieżę Eiffla, pozostałe zabytki to tak sobie. Z ciekawości zaszłam jednak też do Katedry Notre Dame, żeby zobaczyć jak wygląda po pożarze w 2019 roku. Wygląda dość marnie, chyba minie jeszcze trochę czasu, zanim wróci do dawnej świetności. Po nocnym spacerze udaliśmy się do hostelu, żeby wyspać się w dziadkowej pościeli, gdyż kolejnego dnia wracaliśmy do domu, ja do Warszawy, Detlef do Berlina.


A o co chodzi z tym różem? Tuż przed wyjazdem konsultowałam z moją koleżanką z pracy czy wziąć czarny polar czy moją nowa różową bluzę Nasa. Ona bez namysłu rzekła: Bierz różową, Paryż zasługuje na róż :)

wtorek, 10 stycznia 2023

4 x Berlin

Jakoś tak mi się życie ułożyło, że w przeciągu ostatniego roku zdarzyło mi się być aż cztery razy w Niemczech, głównie w Berlinie. Jednym z powodów tego było wprowadzenie w miesiącach czerwiec - sierpień biletu za 9 €, które na pewno wsparły turystykę w tym kraju. W Berlinie byłam po raz pierwszy w życiu i naprawdę zaimponowało mi to miasto. Przede wszystkim tym, że posiada tak wiele ciekawych muzeów, których nawet połowy jeszcze nie obejrzałam. I nie mówię tu o muzeach gdzie zwiedza się stare zakurzone dzieła sztuki, ale bardzo życiowe współczesne tematy i niedawną historię z XX w.

Pierwszy wyjazd miał miejsce w maju. Był to raczej zapoznawczy wyjazd, podczas którego chciałam zwiedzić jak najwięcej znanych miejsc w Berlinie i poruszałam się głównie na rowerze, pożyczonym od miejscowego kolegi. Potem w czerwcu za 9 € przejechałam część północnych Niemiec, aż do Berlina oraz pobliskich gór Harz (o tym będzie w innym wpisie). We wrześniu nastawiałam się głównie na muzea, ale też na inne miejsca, których nie udało mi się zwiedzić wcześniej w Berlinie. Ostatni raz w grudniu to było przejazdem tylko, gdyż miałam tam samolot do innego celu mojej podróży. Ale o tem potem :) 

1. Brandenburger Tor - odwiedzam ją za każdym razem gdy jestem w Berlinie i uważam, że to bardzo fascynująca budowla. Nie wiem czemu, ale podobnie jak wieża Eiffla jest dla mnie takim must see i symbolem miasta :)


2. Fernsehturm, czyli wieża telewizyjna - warto tam wejść ze względu na piękny widok z góry na miasto, chociaż jeden raz zdecydowanie wystarczy. Wieża pięknie prezentuje z zewnątrz, warto ją też podziwiać z dołu:)


3. Berliner Mauer - symbol dziwnej sytuacji, jaka miała miejsce w tym mieście podczas zimnej wojny. Obecnie to kolorowa atrakcja turystyczna przypominająca, jak bezsensowny był podział miasta w przeszłości, o którym warto wiedzieć i nie powtórzyć więcej.



4. Alexanderplatz - bardzo znane miejsce, ale nie jest jakoś specjalnie ładne. Na pewno zwraca uwagę stojący na nim zegar światowy, który wskazuje godzinę w różnych częściach świata. Nic więcej ciekawego tam nie znalazłam.

Widok nocny

5. Lotnisko Tempelhof - to zdecydowanie jedno z moich ulubionych miejsc na mapie Berlina. Lotnisko zakończyło swoją działalność w 2008 roku i do tej pory nie podjęto decyzji co zrobić na jego terenie. Obecnie jest to miejsce spotkań, po płycie lotniska można sobie pojeździć rowerem (mi objechanie całego lotniska zajęło ok. 40 minut). Można tam też spotkać pasące się owce i to był najlepszy widok w centrum miasta :)


6. Checkpoint Charlie - najbardziej znane przejście graniczne z czasu RFN i NRD. Obecnie w punkcie tym nie ma już przejścia, natomiast zostały zawieszone wizerunki żołnierzy obu stron tj. amerykańskiego i radzieckiego. Jest to teraz atrakcja turystyczna i wiele osób tam przybywa i robi sobie zdjęcia. Podobno można też zdobyć pieczątkę potwierdzającą przejście przez granicę, ale ja niestety takiej jeszcze nie mam.


7. Postdamer Platz - w czasach zimnej wojny plac ten stał się symbolem podzielonego Berlina gdyż przez jego powierzchnię przebiegał Mur Berliński i resztki tego muru są tam nadal zachowane. Obecnie znajdują się tam nowoczesne budynki, mieszkania, biura, sklepy i restauracje. Dla mnie najbardziej charakterystyczna dla tego miejsca jest wielka kolorowa żyrafa z klocków LEGO.

8. Pomnik Pomordowanych Żydów Europy - pomnik upamiętniający wszystkich Żydów, którzy zginęli w czasie II wojny światowej. Jest on bardzo rozległy, obejmuje obszar ok. 19 tys. m2 i składa się z 2711 betonowych słupów o zróżnicowanej wysokości. Pomiędzy słupami można spacerować, ale można się też zgubić.


9. Stasi Museum - nie, nie to nie jest muzeum cioci Stasi z Klanu a muzeum bardzo poważnej instytucji, którą w latach zimnej wojny było Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego (Ministerium fur Staatssicherheit). Można tam zobaczyć jak wyglądało wnętrze tej instytucji, poczytać jakie praktyki stosowała, posłuchać wspomnień ludzi z tamtych czasów, a nawet zobaczyć co i jak lubił jeść na śniadanie sam boss Erich Mielke. Muzeum znajduje się w dzielnicy Lichtenberg, w głównej siedzibie Stasi. Osobiście uważam, że to jedno z lepszych muzeów w Berlinie, można tam spędzić naprawdę dużo czasu, a jak się jeszcze umie niemiecki i interesuje tematyką zimnej wojny, to już w ogóle cudownie. Gorąco polecam. Trzeba zarezerwować min. 3 h.



10. DDR Museum - czyli muzeum czasów NRD, trochę takie nasze muzeum PRL tylko bogatsze. Można w nim obejrzeć sprzęty z tamtego okresu, zwiedzić typowe nrdowskie mieszkanie, przejechać się winda, a także przejechać się trabantem. Trzeba tam zarezerwować sobie ok. 2-3 h, zależy kto jak wnikliwie ogląda wszystkie eksponaty.

Którym Bogdanem dzisiaj jesteś?

11. Körperwelten Museum, czyli Świat Ciała - idealne muzeum dla prawdziwych fascynatów ludzkiego ciała. W muzeum można zobaczyć jak wyglądają poszczególne elementy, od kości do naczyń krwionośnych. Eksponaty, powstały z prawdziwych ciał ludzi, którzy zdecydowali się oddać swoje ciało na cele naukowe. Ciała te poddawane są technice plastynacji, czyli wymiany wszystkich płynów ustrojowych i tłuszczy na roztwór plastyczny (polimery). Powoduje to zatrzymanie rozmnażania się bakterii gnilnych, które są odpowiedzialne za rozkład ciała. Jest to technika opracowana przez Niemca Gunthera von Hagen. Cały proces składa się z kilku etapów i trwa kilka miesięcy. Oprócz ciał ludzkich można tam też znaleźć eksponaty z ciał zwierząt np. psa, kota, cielaka itd. Muzeum nie jest bardzo duże, ok. 1,5 h wystarczy żeby wszystko zobaczyć. Z szacunku dla ciał nie zamieszczam tu żadnego ich zdjęcia, ale za to jest fantazyjne krzesło o którym pewnie niejedna osoba marzy :)

12. Treptower Park - zwany przeze mnie sowieckim parkiem, to hołd oddany żołnierzom radzieckim walczącym w Bitwie o Berlin z 1945 roku. Znajdują się tam pomniki upamiętniające żołnierzy radzieckich min. Pomnik Żołnierza Radzieckiego czy Pomnik Matki Rosji. Typowo sowieckie miejsce, osobiście przypominające mi Twierdzę Brzeską w Białorusi. 


13. Weihnachtsmarkt - jako że ostatnia moja wizyta miała miejsce na początku grudnia, w mieście zaczęły się już jarmarki świąteczne i było ich całkiem sporo. Właściwie to co jakiś czas można było je spotkać, mniejsze lub większe, bardziej bogate lub mniej. Głównym celem był oczywiście najbardziej słynny Gendarmenmarkt, wejście tam jest biletowane w cenie 1 €, ale dzięki temu nie ma tam też dzikich tłumów. Poza tym, kasę obsługiwała Polka :) Na tym jarmarku zostałam posiadaczką pamiątkowego kubka. Piłam tam popularny w czasie świątecznym napój z mleka i jajek Eggnog, dobry choć trochę za słodki. Przy zakupie trzeba było zapłacić 3 € kaucji za kubek. Ja oczywiście kaucji nie chciałam z powrotem tylko uciekłam z kubkiem :)

Można kupić nawet Pína Coladę, nie próbowałam czy mają grzaną :)

Prost!

14. Drachenberg - po zachodniej stronie Berlina, nad rzeką Havlą, znajduje się wielki las Grunewald. Bardzo fajne miejsce na spacery, znajdują się w nim małe stawiki, gdzie kąpią się ludzie, czasami au naturel, a także punkty widokowe z widokiem na Berlin. Ja właśnie w taki dotarłam i zrobiłam zdjęcie miasta :)


15. IKEA - w IKEA można wypić darmowa kawę lub czekoladę ! Nie kojarzę czegoś takiego w Polsce, ale dawno nie byłam to mogę być niezakualizowana.

To są jak do tej pory miejsca, które mi się najbardziej w Berlinie podobały, pewnie jest ich jeszcze więcej i wciąż czekają, aż je odkryje. Na pewno jeszcze tam kiedyś pojadę, wizyta w tym mieście sprawiła, że zaczęłam bardziej interesować się historią Europy i świata w XX w. A była to historia niezwykle burzliwa i ciekawa. Berlin to miasto bardzo różnorodne, można tam spotkać różne grupy społeczne, różne narodowości, języki, kolory skóry. Niektórzy mówią, że Berlin to nie Niemcy, także podobno nie ma co się sugerować, że tak wygląda całą reszta kraju. Może coś w tym jest, nie wiem, bo chyba za krótko byłam w innych rejonach... Tymczasem jeszcze kilka ciekawych fotek :)

Hipsterska ulica, klimatem trochę przypomina mi ulice w krajach latynoskich :)

Dworzec Główny, wygląda bardzo nowocześnie

Jakoś mam słabość do Marleny :)

Zachód słońca nad brzegiem rzeki Sprewa 

Prysznic w hostelowym dwuosobowym pokoju :) 

Berlin zimą








Buka w Dolinie Muminków

Tak tak, wiem mam straszne blogowe zaległości, ale nadrobię je, obiecuje sobie przede wszystkim. Tymczasem zrelacjonuje jeden z moich ostatn...